Adopcja, która rozdarła naszą rodzinę: Prawda, której nie chcieliśmy znać

– Nie możesz tak po prostu udawać, że nic się nie stało! – krzyknął mój mąż, Michał, trzaskając drzwiami od kuchni. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoniach kubek po herbacie, który nagle wydawał się zbyt ciężki. W powietrzu unosił się zapach przypalonego mleka i napięcia, które wisiało nad nami od miesięcy.

Zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Wychowałam się w małym miasteczku pod Poznaniem, gdzie domy pachniały chlebem, a dzieci biegały po podwórkach do zmierzchu. Moja mama powtarzała: „Rodzina to najważniejsze, pamiętaj”. Kiedy poznałam Michała na studiach w Poznaniu, wiedziałam, że chcę z nim budować właśnie taki dom – pełen śmiechu, ciepła i gwaru dziecięcych głosów.

Nasza córka Lena przyszła na świat po trzech latach małżeństwa. Była naszym słońcem. Ale potem długo nie mogliśmy mieć drugiego dziecka. Lekarze rozkładali ręce, a ja coraz częściej płakałam nocami w poduszkę. Michał próbował mnie pocieszać, ale widziałam w jego oczach ten sam smutek i bezradność.

Adopcja pojawiła się w naszych rozmowach nieśmiało. Najpierw jako żart, potem jako nadzieja. Przeszliśmy przez wszystkie procedury – wywiady, szkolenia, wizyty kuratorów. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Zosię w domu dziecka w Kaliszu, miała trzy lata i ogromne niebieskie oczy. Uśmiechnęła się do mnie nieśmiało i wtedy poczułam – to jest moje dziecko.

Pierwsze miesiące były trudne. Zosia bała się ciemności, nie chciała jeść niczego poza suchymi bułkami i długo nie pozwalała się przytulić. Lena była zazdrosna, Michał zamykał się w sobie. Ale wierzyłam, że miłość wszystko uleczy. Przecież tak mówią w książkach i filmach.

Pewnego wieczoru Lena przyszła do mnie z płaczem.
– Mamo, ona zabiera moje rzeczy! – krzyczała. – A tata mówi, że mam być dla niej miła, bo ona jest biedna!
Próbowałam tłumaczyć Lenie, że Zosia musi się nauczyć dzielić i ufać nam wszystkim. Ale sama czułam coraz większy niepokój. Zosia zaczęła mieć napady złości – rzucała zabawkami, krzyczała, zamykała się w łazience na godzinę. Michał coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem pracy.

Pewnej nocy usłyszałam hałas w pokoju dziewczynek. Weszłam i zobaczyłam Lenę skuloną pod kołdrą i Zosię stojącą nad nią z poduszką w ręku.
– Ona mnie dusiła! – szlochała Lena.
Zosia patrzyła na mnie bez słowa. Jej oczy były puste jak studnia.

Od tamtej pory wszystko zaczęło się sypać. Michał powiedział mi wprost:
– To był błąd. Nie jesteśmy gotowi na takie dziecko.
– Jak możesz tak mówić? – zapytałam z rozpaczą.
– Boję się o Lenę! Boję się o nas!

Zaczęliśmy chodzić do psychologa rodzinnego. Każda sesja kończyła się kłótnią albo milczeniem. Zosia zamykała się coraz bardziej w sobie. Lena przestała mówić do siostry. Ja czułam się jak rozbita na kawałki – rozdarta między miłością do obu dziewczynek a strachem o ich bezpieczeństwo.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie wychowawczyni Zosi ze szkoły.
– Pani Marto, Zosia opowiada dziwne rzeczy o swojej rodzinie biologicznej…
Serce mi zamarło. Wiedziałam tylko tyle, ile powiedzieli nam w ośrodku adopcyjnym – że matka była alkoholiczką, ojciec nieznany.

Wieczorem usiadłam z Zosią na łóżku.
– Kochanie, czy chcesz mi coś powiedzieć?
Zosia długo milczała. W końcu wyszeptała:
– Mama mnie biła. Chowała mnie w szafie…
Łzy napłynęły mi do oczu. Przytuliłam ją mocno, ale czułam, że nie potrafię jej ochronić przed tym wszystkim, co już przeżyła.

Michał coraz częściej spał na kanapie. Lena zamknęła się w swoim świecie książek i rysunków. Ja przestałam sypiać – nocami chodziłam po domu i słuchałam ciszy przerywanej tylko szlochem Zosi przez sen.

W końcu doszło do najgorszego. Pewnego popołudnia Lena wróciła ze szkoły z podrapaną twarzą.
– To Zosia – powiedziała cicho.
Michał wybuchnął:
– Koniec! Oddajemy ją! Nie chcę już tego piekła!
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
– To dziecko! Nasze dziecko!
– Nigdy nie była nasza! – krzyknął Michał i wyszedł trzaskając drzwiami.

Siedziałam wtedy na podłodze w korytarzu z obiema dziewczynkami przy sobie i płakałam razem z nimi. Czułam się jak najgorsza matka świata.

Minęły tygodnie pełne ciszy i chłodu między nami wszystkimi. Michał wyprowadził się do matki. Lena przestała chodzić na zajęcia dodatkowe. Zosia zaczęła moczyć się w nocy.

Pewnego wieczoru zadzwonił telefon z ośrodka adopcyjnego:
– Pani Marto, czy jest pani pewna swojej decyzji? Możemy pomóc…
Nie wiedziałam już niczego na pewno.

Dziś siedzę przy kuchennym stole i patrzę na zdjęcia sprzed roku – uśmiechnięta rodzina na wakacjach nad Bałtykiem. Wszystko wydawało się wtedy takie proste.

Czy można naprawić rodzinę po takim trzęsieniu ziemi? Czy miłość naprawdę wystarczy? A może są rany, których nie da się już zagoić?

Czasem zastanawiam się: gdybym wiedziała wszystko wcześniej… czy podjęłabym tę samą decyzję?