Rozdarci przez tajemnicę: Historia naszej rodziny i dziecka z in vitro
– Ty naprawdę myślisz, że to jest w porządku? – głos mojej teściowej, Barbary, przeszył ciszę jak nóż. Stała w progu naszego małego mieszkania na warszawskim Bródnie, patrząc na mnie z takim rozczarowaniem, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam.
Michał, mój mąż, spuścił wzrok. Ja ściskałam w ramionach naszego synka, Stasia, który miał wtedy zaledwie osiem miesięcy. Nie rozumiał jeszcze słów, ale czuł napięcie. Jego małe rączki zacisnęły się na mojej bluzce.
– Mamo, proszę cię… – zaczął Michał, ale Barbara mu przerwała.
– Nie mów do mnie teraz „mamo”. Jak mogliście mi to zrobić? Jak mogliście ukrywać przede mną coś takiego?
Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Od początku czułam, że nasza decyzja o in vitro będzie dla Barbary ciosem. Była kobietą starej daty, wychowaną w przekonaniu, że rodzina to świętość, a dzieci powinny być „z krwi i kości”. Ale nie sądziłam, że jej reakcja będzie aż tak gwałtowna.
Wszystko zaczęło się dwa lata wcześniej. Michał i ja poznaliśmy się na studiach – on studiował informatykę na Politechnice Warszawskiej, ja pedagogikę na UW. Zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Po ślubie zamieszkaliśmy w kawalerce po mojej babci. Nie było łatwo – Michał zarabiał niewiele jako początkujący programista, ja pracowałam w przedszkolu na pół etatu. Ale byliśmy szczęśliwi.
Kiedy po roku starań o dziecko okazało się, że Michał ma poważne problemy z płodnością, świat mi się zawalił. Pamiętam ten dzień jak dziś – siedzieliśmy razem w kuchni po powrocie z kliniki. Michał płakał. Ja próbowałam być silna.
– Może spróbujemy in vitro? – zaproponowałam cicho.
– Ale… to nie będzie moje dziecko – wyszeptał.
– Będzie nasze. Wychowamy je razem.
Długo się wahał. W końcu zgodził się – dla mnie. Przeszliśmy przez piekło: badania, hormony, kolejne nieudane próby. W końcu się udało. Staś był naszym cudem.
Nie powiedzieliśmy nikomu o szczegółach. Rodzina wiedziała tylko tyle, że „leczyliśmy się”. Barbara była zachwycona wnukiem – do czasu.
Prawda wyszła na jaw przypadkiem. Moja mama, nieopatrznie wspomniała podczas rodzinnego obiadu o „tych wszystkich zastrzykach i lekarzach”. Barbara zaczęła dopytywać. Michał próbował zmienić temat, ale ona nie odpuszczała.
– To znaczy… Staś nie jest twoim biologicznym synem? – zapytała nagle.
Zapadła cisza. Michał skinął głową.
Od tego dnia wszystko się zmieniło.
Barbara przestała przychodzić w odwiedziny. Gdy dzwoniła, rozmawiała tylko ze mną – chłodno i rzeczowo. Michał cierpiał w milczeniu. Staś rósł i coraz częściej pytał, dlaczego babcia go nie odwiedza.
Pewnego wieczoru Michał wrócił z pracy później niż zwykle. Usiadł ciężko na kanapie.
– Dzwoniłem do mamy – powiedział cicho. – Powiedziała, że nie chce mieć nic wspólnego z „obcym dzieckiem”.
Poczułam, jak coś we mnie pęka.
– Przecież to jej wnuk! – krzyknęłam przez łzy.
Michał tylko wzruszył ramionami.
Zaczęliśmy się kłócić coraz częściej. O drobiazgi: kto ma zrobić zakupy, kto odbierze Stasia z żłobka. Ale tak naprawdę kłóciliśmy się o coś więcej – o to, czy nasza rodzina jest „prawdziwa”.
Któregoś dnia Staś przyniósł z przedszkola rysunek: trzy postacie trzymające się za ręce. Pod spodem napisał (z błędem): „Mama, Tata i Ja”.
Patrzyłam na ten obrazek i płakałam.
Z czasem zaczęliśmy unikać spotkań rodzinnych. Moja teściowa organizowała święta bez nas. Michał zamknął się w sobie. Przestał rozmawiać ze mną o swoich uczuciach.
Pewnej nocy obudziłam się i zobaczyłam go siedzącego w kuchni przy zgaszonym świetle.
– Boję się, że Staś kiedyś mnie znienawidzi – powiedział nagle.
Usiadłam obok niego i objęłam go mocno.
– On cię kocha. Jesteś jego tatą.
– Ale nie jestem jego ojcem… Rozumiesz?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Kilka tygodni później zadzwoniła do mnie moja mama.
– Słyszałam od Barbary… że chce wystąpić do sądu o ustalenie kontaktów ze Stasiem – powiedziała zaniepokojona.
Byłam w szoku.
– Ale przecież ona go nie chce widywać!
– Chyba zmieniła zdanie… Albo chce ci zrobić na złość.
Zaczęły się nerwy, telefony od prawników, pisma z sądu. Michał był załamany.
W końcu doszło do rozprawy. Siedzieliśmy naprzeciwko Barbary w zimnej sali sądowej. Ona patrzyła na nas z pogardą.
– Chcę mieć prawo widywać wnuka – powiedziała do sędzi. – Bez tej kobiety.
Sędzia spojrzała na nią surowo.
– To nie jest kwestia sympatii czy antypatii. Liczy się dobro dziecka.
Po rozprawie Barbara podeszła do mnie na korytarzu.
– Nigdy ci tego nie wybaczę – syknęła przez zaciśnięte zęby.
Wróciliśmy do domu wykończeni psychicznie i fizycznie. Michał zamknął się w łazience i płakał przez godzinę.
Staś coraz częściej pytał o babcię. Nie wiedziałam, co mu powiedzieć.
Któregoś dnia usiadłam z nim na dywanie i powiedziałam:
– Babcia jest smutna i zła, ale to nie twoja wina. Bardzo cię kochamy.
Staś przytulił się do mnie mocno i wyszeptał:
– Ja też was kocham najbardziej na świecie.
Minęły miesiące. Sprawa sądowa ciągnęła się bez końca. Barbara próbowała udowodnić, że jestem „złą matką”, bo zdecydowałam się na in vitro. Wysyłała do sądu listy pełne oskarżeń i insynuacji.
W końcu sędzia orzekła: Barbara może widywać Stasia raz w miesiącu pod nadzorem kuratora. Było mi wszystko jedno – byle tylko mieć spokój.
Po tej decyzji Barbara przestała się odzywać zupełnie. Michał próbował do niej dzwonić – bez skutku.
Zostaliśmy sami: ja, Michał i Staś. Nasza mała rodzina przeciwko całemu światu.
Czasami zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam decydując się na in vitro. Czy powinnam była walczyć o „naturalną” rodzinę za wszelką cenę? Czy Staś kiedyś mi to wybaczy?
Ale potem patrzę na niego – jak śmieje się do mnie rano przy śniadaniu, jak tuli się do Michała przed snem – i wiem jedno: rodzina to nie geny ani nazwisko. Rodzina to miłość i wybór każdego dnia od nowa.
Czy wy też mieliście kiedyś poczucie, że wasza rodzina musi walczyć o swoje miejsce? Czy warto walczyć o bliskich za wszelką cenę?