Pod powierzchnią ciszy: Historia matki i syna z Poznania

— Michał, proszę cię, powiedz mi, co się dzieje — mój głos drżał, a dłonie ściskały kubek herbaty tak mocno, że aż bolały mnie palce. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole, a między nami rozciągała się przepaść większa niż kiedykolwiek wcześniej. Mój syn patrzył gdzieś w bok, unikając mojego wzroku. W jego oczach widziałam cień, którego nie znałam.

— Mamo, wszystko jest w porządku. Naprawdę — odpowiedział cicho, niemal szeptem. Znałam go zbyt dobrze, by dać się zwieść tym słowom. Michał zawsze był otwarty, rozmowny, pełen życia. Teraz był jak zamknięta księga.

Od miesięcy czułam, że coś jest nie tak. Odkąd ożenił się z Martą, coraz rzadziej dzwonił, odwiedzał mnie tylko wtedy, gdy ona była zajęta. Kiedyś rozmawialiśmy godzinami o wszystkim — o pracy, o polityce, o jego marzeniach. Teraz rozmowy były krótkie, powierzchowne. Czułam się jak intruz w jego życiu.

Pewnego wieczoru zadzwoniłam do niego późno, nie mogąc zasnąć. Odebrała Marta.

— Michał śpi. Proszę nie dzwonić tak późno — powiedziała chłodno i odłożyła słuchawkę. Poczułam się upokorzona i niepotrzebna.

Zaczęłam obserwować ich związek z niepokojem. Marta była wymagająca, kontrolująca. Wszystko musiało być po jej myśli — od tego, gdzie spędzają święta, po to, z kim Michał może się spotykać. Kiedy zaprosiłam ich na Wigilię, usłyszałam tylko:

— W tym roku zostajemy u nas. Michał musi odpocząć.

Michał milczał. Patrzył na mnie przepraszająco, ale nie powiedział ani słowa sprzeciwu.

Zaczęłam czuć się coraz bardziej bezradna. Próbowałam rozmawiać z mężem, z przyjaciółkami — wszyscy mówili to samo: „Daj mu czas”, „To jego życie”, „Nie wtrącaj się”. Ale jak mogłam nie wtrącać się, widząc jak mój syn gaśnie?

Pewnego dnia spotkałam go przypadkiem na rynku. Był sam, wyglądał na zmęczonego i przybitego.

— Michał… — zaczęłam ostrożnie.

Spojrzał na mnie z bólem w oczach.

— Mamo, ja już nie wiem… Czasem mam wrażenie, że nie mogę oddychać — wyszeptał.

Serce mi pękło. Chciałam go przytulić, powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, ale on odsunął się lekko.

— Marta nie lubi, kiedy rozmawiamy o naszych sprawach — dodał cicho.

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Całą noc nie spałam, myśląc o tym, jak mu pomóc. Czy powinnam porozmawiać z Martą? Czy powinnam interweniować? A może rzeczywiście powinnam się wycofać?

Kilka dni później zadzwoniła do mnie Marta.

— Pani Małgorzato, proszę nie wtrącać się w nasze życie. Michał jest dorosły i sam podejmuje decyzje — jej głos był zimny jak lód.

— Ale ja tylko chcę jego szczęścia… — próbowałam tłumaczyć.

— Proszę to zostawić nam — przerwała mi bezceremonialnie.

Po tej rozmowie Michał przestał odbierać moje telefony. Przestał przychodzić. W domu panowała cisza tak gęsta, że aż bolało mnie serce.

Zaczęłam popadać w rozpacz. Czułam się winna — może rzeczywiście za bardzo się wtrącałam? Może powinnam była odpuścić? Ale każda matka wie, kiedy jej dziecko cierpi.

W końcu postanowiłam napisać do niego list. Pisałam całą noc:

„Kochany Michałku,
Nie wiem już, jak do Ciebie dotrzeć. Wiem tylko jedno — zawsze będziesz moim synem i zawsze będę Cię kochać. Jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebował — jestem tu dla Ciebie.”

Nie dostałam odpowiedzi przez wiele tygodni. Każdego dnia sprawdzałam skrzynkę na listy i telefon z nadzieją na wiadomość od niego.

W końcu pewnego wieczoru usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam Michała. Stał na progu ze łzami w oczach.

— Mamo… Przepraszam… Nie mogłem już dłużej wytrzymać tej ciszy — wyszeptał i wtulił się we mnie jak wtedy, gdy był małym chłopcem.

Rozpłakałam się razem z nim. Wiedziałam, że przed nami długa droga do uzdrowienia naszych relacji i do tego, by Michał odzyskał siebie. Ale w tamtej chwili liczyło się tylko to jedno: że wrócił.

Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy matczyna miłość może być zbyt silna? A może czasem trzeba pozwolić odejść tym, których kochamy najbardziej? Jak wy byście postąpili na moim miejscu?