Po śmierci teściowej odkryłam prawdę: Trzy dekady bycia „tylko” synową. Czy to wszystko było na marne?
— Znowu nie tak, Aniu. Ziemniaki trzeba było ugotować w mundurkach, nie obrane — głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, z dłonią zanurzoną w zimnej wodzie, próbując ukryć drżenie. Miałam trzydzieści lat, dwoje dzieci i męża, a mimo to czułam się jak dziewczynka, która po raz kolejny zawiodła nauczycielkę.
— Przepraszam, pani Zofio — odpowiedziałam cicho, choć w środku gotowała się we mnie złość. Nie potrafiłam powiedzieć „mamo”, choć próbowałam przez lata. Ona nigdy nie pozwoliła mi przekroczyć tej granicy. Byłam dla niej „tylko” synową, nie córką.
Mój mąż, Tomek, nigdy nie rozumiał tej subtelnej gry. — Przesadzasz, Anka. Mama cię lubi, tylko czasem jest zmęczona — powtarzał, gdy wracałam do domu z płaczem po kolejnej rodzinnej kolacji. Ale ja czułam ten chłód, tę niewidzialną ścianę, która oddzielała mnie od reszty rodziny.
Przez trzydzieści lat starałam się być idealną synową: piekłam makowce według jej przepisu, sprzątałam dom na błysk przed świętami, opiekowałam się nią podczas choroby. Nigdy nie usłyszałam „dziękuję”. Zawsze było coś nie tak: za słona zupa, za głośno dzieci, za mało czasu dla Tomka.
Kiedy Zofia zmarła nagle na zawał, poczułam ulgę i… wstyd. Ulgę, bo już nikt nie będzie mnie oceniał na każdym kroku. Wstyd, bo przecież powinnam była ją kochać jak matkę. Ale czy ona kiedykolwiek pozwoliła mi być kimś więcej niż tylko żoną jej syna?
Po pogrzebie dom był pełen ludzi — kuzyni, sąsiedzi, ciotki z dalekich stron. Wszyscy wspominali Zofię jako kobietę silną, wymagającą, ale sprawiedliwą. Siedziałam w kącie salonu i patrzyłam na Tomka rozmawiającego z wujkiem Jankiem. Wtedy podeszła do mnie Basia, siostra Tomka.
— Anka, mama zostawiła dla ciebie coś w szufladzie biurka. Powiedziała mi o tym kilka dni przed śmiercią — powiedziała cicho.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Wstałam i poszłam do pokoju Zofii. W szufladzie leżała koperta z moim imieniem. Drżącymi rękami otworzyłam ją i zaczęłam czytać:
„Anno,
Wiem, że nigdy nie byłaś dla mnie córką i nigdy nie pozwoliłam ci poczuć się jak członek rodziny. Wiem też, że przez te wszystkie lata próbowałaś zasłużyć na moją akceptację. Może wydawało ci się, że jestem zimna i surowa — i pewnie taka byłam. Ale chciałam ci powiedzieć jedno: podziwiałam cię za wytrwałość i siłę. Gdybyś była moją córką, byłabym dumna. Ale nie umiałam tego powiedzieć na głos.
Zofia.”
Łzy spływały mi po policzkach. Przez trzydzieści lat walczyłam o coś, co istniało tylko w mojej wyobraźni — o matczyną miłość i akceptację. Ona widziała moje starania, ale nigdy nie potrafiła ich docenić na głos.
Wieczorem usiadłam z Tomkiem przy stole.
— Znalazłam list od twojej mamy — powiedziałam cicho.
— I co napisała? — zapytał bez większego zainteresowania.
— Że mnie podziwiała… ale nigdy nie umiała tego powiedzieć.
Tomek spojrzał na mnie zdziwiony.
— To chyba dobrze?
— Nie wiem… Może tak. Ale czemu dopiero teraz?
Przez kolejne dni wracałam myślami do wszystkich naszych rozmów i kłótni. Do momentów, gdy chciałam się poddać i odejść. Do chwil, gdy czułam się niewidzialna podczas rodzinnych spotkań, gdy moje dzieci były „wnukami Zofii”, a ja tylko ich matką.
Pamiętam Wigilię sprzed kilku lat. Stałyśmy razem w kuchni, lepiłyśmy pierogi.
— Aniu, ty to zawsze musisz wszystko robić po swojemu — mruknęła wtedy Zofia.
— Chciałam tylko pomóc…
— Pomoc to jedno, a tradycja to drugie — odpowiedziała chłodno.
Wtedy miałam ochotę rzucić wszystko i wyjść. Ale zostałam — dla Tomka, dla dzieci, dla tej rodziny.
Teraz pytam siebie: czy warto było? Czy moje starania miały sens? Czy bycie synową to zawsze bycie kimś gorszym?
Często słyszę od koleżanek podobne historie: teściowe wymagające niemożliwego, synowe wiecznie na drugim planie. Dlaczego tak trudno nam się porozumieć? Czy naprawdę musi być wojna między kobietami w jednej rodzinie?
Dziś patrzę na swoje dzieci i myślę: czy ja też kiedyś stanę się taką teściową? Czy będę umiała powiedzieć „dziękuję”, „jestem dumna”, „kocham cię jak własną córkę”? Czy potrafię przerwać ten łańcuch milczenia?
Może to właśnie jest najważniejsze — żebyśmy umiały mówić o uczuciach zanim będzie za późno.
A Wy? Czy też czuliście się kiedyś „tylko” synową lub synem? Czy można naprawdę stać się częścią rodziny męża lub żony? Jak przełamać ten mur milczenia?