Kiedy mój mąż powiedział: „Płać czynsz!” – Moja spowiedź o rozpadzie rodziny i walce o własną godność
– Płać czynsz, skoro tu mieszkasz – powiedział Marek, nie patrząc mi w oczy. Stałam w kuchni, z rękami zanurzonymi w pianie, zmywając talerze po kolacji. Nasza córka, Zosia, siedziała przy stole i udawała, że odrabia lekcje, ale widziałam, jak jej długopis drży w palcach. W tej jednej chwili wszystko się zmieniło.
Nie wiedziałam, czy dobrze słyszę. Przez chwilę miałam nadzieję, że to żart. Ale Marek był śmiertelnie poważny. Oparł się o framugę drzwi i patrzył gdzieś ponad moją głową. – Skoro nie pracujesz na pełen etat, to powinnaś się dokładać do rachunków. Albo płacić za pokój. – Jego głos był zimny jak lód.
Przez dwadzieścia lat byłam żoną i matką. Odkąd Zosia się urodziła, zrezygnowałam z pracy w banku, żeby być z nią w domu. Marek zawsze powtarzał, że to najlepsze rozwiązanie dla naszej rodziny. Przez lata gotowałam, sprzątałam, dbałam o dom, pomagałam Zosi w nauce, a wieczorami słuchałam Marka, jak narzeka na szefa i politykę. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia usłyszę coś takiego.
– Marek… – zaczęłam cicho. – Przecież to nasz dom…
– Twój? – przerwał mi ostro. – To ja go kupiłem. Ty tylko tu mieszkasz.
Wtedy poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Zosia zerknęła na mnie z przerażeniem. Chciałam coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
Wieczorem długo leżałam w łóżku i patrzyłam w ciemność. Słyszałam cichy szloch Zosi zza ściany i czułam narastającą gulę w gardle. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy Marek dostał awans i coraz częściej wracał późno do domu? Albo gdy zaczęliśmy rozmawiać tylko o rachunkach i obowiązkach? A może to ja się zmieniłam? Może za bardzo poświęciłam się rodzinie i zapomniałam o sobie?
Następnego dnia rano Marek już wyszedł do pracy, zanim wstałam. Na stole leżała kartka: „Nie zapomnij zapłacić za gaz”. Zosia jadła śniadanie w milczeniu.
– Mamo… – zaczęła niepewnie. – Czy wy się rozwiedziecie?
Zamarłam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu byliśmy normalną rodziną. Chodziliśmy razem na spacery do parku, oglądaliśmy filmy w soboty wieczorem…
– Nie wiem, kochanie – wyszeptałam i pogłaskałam ją po włosach.
Po południu zadzwoniła do mnie mama.
– Aniu, słyszałam od sąsiadki, że Marek coś kombinuje z tym domem…
– Mamo, proszę cię…
– Nie pozwól mu sobą pomiatać! – krzyknęła przez telefon. – Przecież całe życie mu poświęciłaś!
Zawsze byłam tą „grzeczną córką”, która nie robi problemów. Ale teraz czułam się jak dziecko zagubione we własnym domu.
Wieczorem Marek wrócił późno. Pachniał damskimi perfumami. Nie pytałam go o nic – bałam się odpowiedzi.
– Zapłaciłaś za gaz? – rzucił przez ramię.
– Tak – skłamałam.
Zosia zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała ze mną rozmawiać.
Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była nie do zniesienia. Marek coraz częściej znikał na całe noce. Zosia przestała się uczyć, zamknęła się w sobie. Ja chodziłam jak cień – sprzątałam, gotowałam, płaciłam rachunki z oszczędności po babci.
Pewnego dnia znalazłam w skrzynce list polecony na nazwisko Marka. Otworzyłam go bez zastanowienia. Było to wypowiedzenie umowy kredytowej – Marek przestał spłacać raty za dom.
Zadzwoniłam do niego z płaczem.
– Co ty robisz?! Chcesz nas wyrzucić na bruk?!
– To nie twój problem – odpowiedział zimno i rozłączył się.
Wtedy pierwszy raz pomyślałam o rozwodzie. Ale bałam się – nie miałam pracy ani pieniędzy. Mama powtarzała: „Przyjedź do mnie na wieś”, ale nie chciałam zabierać Zosi ze szkoły i wyrywać jej z życia.
Któregoś wieczoru usiadłyśmy z Zosią na łóżku i zaczęłyśmy płakać razem.
– Mamo… ja nie chcę tak żyć…
Przytuliłam ją mocno i obiecałam sobie, że muszę coś zmienić.
Następnego dnia poszłam do urzędu pracy. Czułam się upokorzona – kobieta po czterdziestce, bez doświadczenia od lat… Ale pani urzędniczka była miła.
– Pani Aniu, proszę się nie martwić. Zaczniemy od kursu komputerowego.
Po kilku tygodniach dostałam pierwszą pracę – sprzątanie biur wieczorami. Nie było łatwo pogodzić to z domem i Zosią, ale czułam dumę z każdego zarobionego grosza.
Marek coraz rzadziej pojawiał się w domu. W końcu pewnego dnia przyszedł z walizką.
– Wyprowadzam się – rzucił krótko.
Nie płakałam już wtedy. Byłam zmęczona i pusta w środku.
Zosia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Mamo… co teraz będzie?
Przytuliłam ją mocno.
– Teraz będziemy żyły dla siebie – powiedziałam cicho.
Minęło kilka miesięcy. Spłacam długi po Marku, pracuję na dwa etaty i uczę się żyć od nowa. Zosia powoli wraca do siebie – zaczęła chodzić na zajęcia teatralne i znów się uśmiecha.
Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy naprawdę tyle warte są lata poświęceń matki? Czy można wycenić miłość i oddanie? A może najważniejsze jest to, żeby nigdy nie pozwolić nikomu odebrać sobie godności?