Nieobecność na urodzinach córki – czy naprawdę jestem aż tak złą matką?

– Marika, proszę, odbierz… – mój głos drżał, kiedy po raz kolejny wybierałam jej numer. W słuchawce rozbrzmiewał tylko chłodny sygnał oczekiwania. W końcu automatyczna sekretarka: „Nie mogę teraz rozmawiać. Zostaw wiadomość.” Westchnęłam ciężko i odłożyłam telefon na stół. Dziś są jej trzydzieste urodziny. A ja siedzę sama w kuchni, patrząc na pusty talerz i filiżankę po kawie, którą wypiłam zbyt szybko, jakby miała mi dodać odwagi.

Nie dostałam zaproszenia. Nawet krótkiego SMS-a. Wiem, że spotyka się dziś z przyjaciółmi, może z tym chłopakiem, którego nigdy mi nie przedstawiła. A ja? Siedzę w naszym starym mieszkaniu na Pradze, gdzie każdy kąt przypomina mi o tym, jak kiedyś było inaczej. Kiedy jeszcze byłam dla niej całym światem.

Trzy lata temu straciłam pracę w bibliotece. Zamknęli oddział, bo „nie było środków”. Miałam wtedy pięćdziesiąt siedem lat i poczucie, że jeszcze tyle mogę dać światu. Ale świat nie chciał już mnie słuchać. Próbowałam znaleźć coś nowego – sprzątałam klatki schodowe, pomagałam sąsiadce w opiece nad dziećmi, nawet rozważałam wyjazd do Niemiec jako opiekunka osób starszych. Ale zdrowie już nie to, a i serce nie pozwalało zostawić wszystkiego za sobą.

Marika wtedy jeszcze mieszkała ze mną. Widziałam, jak coraz bardziej się denerwuje moją obecnością. „Mamo, nie możesz znaleźć pracy? Może powinnaś się przekwalifikować?” – mówiła z wyrzutem. A ja czułam się coraz mniejsza, coraz bardziej zbędna. Kiedy wyprowadziła się do wynajmowanego mieszkania na Mokotowie, poczułam ulgę… i przerażającą pustkę.

Dziś ta pustka boli jeszcze bardziej. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy szczerze. Może wtedy, gdy zmarł mój mąż, jej ojciec? To już osiem lat temu. Byłyśmy wtedy razem w żałobie, trzymałyśmy się za ręce na pogrzebie. Potem życie zaczęło nas rozdzielać – ona miała studia, pracę, znajomych; ja zostałam sama z codziennością.

Czasem myślę, że to wszystko moja wina. Może byłam zbyt wymagająca? Może za bardzo chciałam ją chronić przed światem? Pamiętam, jak płakała w podstawówce, bo nie dostała się do wymarzonej klasy sportowej. „Nie martw się, córeczko” – mówiłam wtedy – „jeszcze wszystko przed tobą.” Ale czy naprawdę wierzyłam w te słowa? Czy tylko próbowałam zagłuszyć własny strach przed tym, że nie potrafię jej pomóc?

Wczoraj spotkałam na klatce schodowej panią Jadwigę z trzeciego piętra. „A co tam u Mariki?” – zapytała z uśmiechem. „Dobrze… chyba dobrze” – odpowiedziałam wymijająco. Nie chciałam przyznać się do tego, że nie wiem nic o jej życiu od miesięcy. Że nie wiem nawet, czy jest szczęśliwa.

Wieczorem zadzwoniła do mnie moja siostra, Teresa. „Nie martw się tak” – próbowała mnie pocieszyć – „dzieci czasem muszą się oddalić, żeby docenić rodziców.” Ale czy to prawda? Czy to tylko puste słowa dla kogoś, kto nigdy nie miał własnych dzieci?

Przypomniałam sobie nasze ostatnie spotkanie – przypadkowe, na przystanku tramwajowym. Marika była wtedy w pośpiechu, rozmawiała przez telefon i ledwo mnie zauważyła. „Mamo, muszę lecieć!” – rzuciła przez ramię i zniknęła w tłumie ludzi. Stałam tam jeszcze chwilę, czując się jak cień.

Dziś cały dzień myślę o tym, co mogłabym zrobić inaczej. Może powinnam była być bardziej wyrozumiała? Może powinnam była pozwolić jej popełniać własne błędy? Zawsze chciałam dla niej jak najlepiej – ale czy to wystarczyło?

Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam napisać jej list. Prawdziwy list, na papierze – tak jak kiedyś pisałyśmy do siebie kartki z kolonii czy wakacji u babci na wsi.

„Kochana Mariko,

Dziś są Twoje urodziny. Chciałabym być przy Tobie, zobaczyć Twój uśmiech i powiedzieć Ci, jak bardzo Cię kocham i jak bardzo za Tobą tęsknię. Wiem, że ostatnio nasze relacje nie były łatwe. Może popełniłam wiele błędów jako matka – jeśli tak było, przepraszam Cię z całego serca.

Chciałabym jeszcze raz spróbować być dla Ciebie wsparciem. Jeśli będziesz chciała porozmawiać – zawsze będę czekać.

Twoja mama.”

Złożyłam kartkę i wsunęłam ją do koperty. Jutro wyślę ją pocztą – może to głupie w dzisiejszych czasach, ale wierzę, że czasem słowo pisane ma większą moc niż tysiąc wiadomości na Messengerze.

Siedząc przy kuchennym stole patrzyłam przez okno na ciemniejące niebo nad Warszawą. W głowie kłębiły mi się pytania: czy naprawdę jestem aż tak złą matką? Czy można jeszcze naprawić to, co zostało zepsute przez lata milczenia i niedomówień?

Może ktoś powie: „To normalne, dzieci dorastają i idą własną drogą.” Ale dla mnie to nie jest normalne – dla mnie to ból codzienny, który nie daje spać po nocach.

Czasem zastanawiam się: czy gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym coś inaczej? Czy potrafiłabym być lepszą matką? A może to wszystko jest częścią życia i muszę nauczyć się akceptować samotność?

Dziś wiem jedno: kocham moją córkę ponad wszystko i zawsze będę na nią czekać – nawet jeśli już nigdy nie usłyszę jej głosu przez telefon.

Czy naprawdę można naprawić relację po tylu latach ciszy? Czy miłość matki wystarczy, by odbudować mosty spalane przez czas i niezrozumienie? Może ktoś z Was zna odpowiedź…