„Te już tu nie rządzisz” – Moja walka o własny dom między matką męża a własnym sumieniem

— Znowu to zrobiłaś? — syknęłam przez zaciśnięte zęby, patrząc na idealnie poukładane kubki w szafce. Każdy stał równo, uchwytem w tę samą stronę. Wiedziałam, że to nie ja. To była ona. Teściowa. Znowu była w naszym mieszkaniu, kiedy byłam w pracy.

W kuchni pachniało jej perfumami, tymi ciężkimi, które zawsze zostawiały ślad na powietrzu i mojej skórze. Przez chwilę miałam ochotę rzucić tymi kubkami o ścianę, ale zamiast tego usiadłam przy stole i zaczęłam płakać. Cicho, żeby nikt nie słyszał. Nawet ja sama.

Mój mąż, Tomek, wrócił godzinę później. Słyszałam, jak otwiera drzwi i zdejmuje buty. Przez chwilę miałam nadzieję, że zapyta: „Co się stało?” albo „Dlaczego płaczesz?”. Ale on tylko rzucił: — Cześć, wszystko w porządku?

— Była tu twoja mama — powiedziałam beznamiętnie.

— No i? — odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc. — Przyniosła ci świeże bułki.

— Nie chcę jej bułek! Chcę mieć spokój! — wybuchłam. — Chcę mieć dom, w którym nikt nie grzebie mi w rzeczach!

Tomek wzruszył ramionami. — Przesadzasz. Mama chce dobrze.

To był ten moment, kiedy zrozumiałam, że jestem sama. Że mój mąż nie stanie po mojej stronie. Że jego matka zawsze będzie ważniejsza niż ja.

Nie zawsze tak było. Kiedy się poznaliśmy, Tomek był czuły i opiekuńczy. Mieszkaliśmy wtedy w kawalerce na Mokotowie i marzyliśmy o własnym mieszkaniu. Kiedy dostaliśmy kredyt i kupiliśmy dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie, byłam szczęśliwa. Myślałam: „To będzie nasz dom”.

Ale wtedy pojawiła się ona — teściowa. Najpierw pomagała nam przy remoncie, potem przy przeprowadzce. Zostawiała nam obiady w lodówce, prasowała Tomkowi koszule. Było mi głupio, ale tłumaczyłam sobie: „Chce pomóc”.

Z czasem zaczęła przychodzić coraz częściej. Miała klucz „na wszelki wypadek”. Najpierw tylko podlewała kwiaty, potem zaczęła sprzątać kuchnię po swojemu. Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam, że moje ulubione filiżanki zniknęły z półki.

— Schowałam je do kredensu — powiedziała z uśmiechem. — Tam będą bezpieczniejsze.

Czułam się jak dziecko we własnym domu.

Próbowałam rozmawiać z Tomkiem. — Twoja mama przekracza granice — mówiłam spokojnie. — To jest nasz dom.

On tylko wzdychał: — Przesadzasz. Ona chce dobrze.

Zaczęłam unikać teściowej. Wychodziłam wcześniej do pracy, wracałam później. Ale ona zawsze znajdowała sposób, żeby być obecna: zostawiała karteczki („Zmień worek na śmieci”, „Nie zapomnij o praniu”), dzwoniła wieczorami („Tomek lubi rosół w niedzielę”).

W końcu wybuchłam podczas rodzinnego obiadu.

— Mamo, proszę cię, nie przychodź do nas bez zapowiedzi! — powiedziałam drżącym głosem.

Teściowa spojrzała na mnie z oburzeniem.

— Ja tylko chcę pomóc! Ty nigdy nie masz czasu dla Tomka! On jest taki zmęczony po pracy!

Tomek siedział cicho. Patrzył w talerz.

— Może powinnam się wyprowadzić? — rzuciłam ironicznie.

— Nie przesadzaj — powiedziała teściowa chłodno. — Po prostu naucz się lepiej organizować.

Po tym obiedzie przez kilka dni panowała cisza. Tomek był jeszcze bardziej zamknięty w sobie niż zwykle. Ja chodziłam po domu jak cień.

W pracy zaczęłam popełniać błędy. Szefowa zapytała mnie na osobności:

— Co się dzieje? Wyglądasz na wykończoną.

Nie umiałam odpowiedzieć.

Wieczorami leżałam w łóżku i myślałam: „Czy to jest moje życie? Czy tak ma wyglądać małżeństwo?”

Pewnego dnia zadzwoniła moja mama.

— Dziecko, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.

Wybuchłam płaczem.

— Mamo, ja już nie mam siły… Czuję się jak intruz we własnym domu…

Mama milczała przez chwilę.

— Musisz postawić granice. Albo on stanie po twojej stronie, albo będziesz zawsze druga.

Tej nocy nie spałam prawie wcale. Rano spojrzałam na Tomka i powiedziałam:

— Musimy porozmawiać. Albo twoja mama odda klucz i przestanie rządzić naszym życiem, albo ja się wyprowadzam.

Tomek pobladł.

— Przesadzasz…

— Nie przesadzam! — krzyknęłam przez łzy. — Chcę być szczęśliwa! Chcę mieć dom!

Przez chwilę myślałam, że powie coś ważnego. Że mnie przytuli, przeprosi… Ale on tylko odwrócił wzrok.

Spakowałam walizkę i pojechałam do mamy.

Minął tydzień. Tomek dzwonił kilka razy, ale nie odbierałam. Teściowa napisała mi SMS-a: „Mam nadzieję, że przemyślisz swoje zachowanie”.

Siedzę teraz w dziecięcym pokoju u mamy i patrzę na swoje stare zdjęcia z czasów liceum. Myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy naprawdę musimy wybierać między sobą a rodziną partnera? Czy kobieta w Polsce ma prawo walczyć o swój dom – nawet jeśli oznacza to samotność?

A Wy? Co byście zrobili na moim miejscu?