Czy naprawdę jestem tylko dodatkiem do ich życia?
– Dziękuję wam, dziewczyny, bez was bym nie dała rady – powiedziała mama, patrząc na mnie i na Magdę, moją szwagierkę. Uśmiechnęła się, ale jej oczy były zmęczone, a głos brzmiał jakby z obowiązku. W kuchni pachniało jeszcze sernikiem, a w salonie dzieci rozrzucały baloniki po podłodze. Wszyscy już powoli się zbierali, a ja czułam się jak ktoś, kto właśnie skończył przedstawienie i nie wie, czy zasłużył na oklaski.
Magda poprawiła włosy i skinęła głową. – Nie ma sprawy, mamo – odpowiedziała cicho, ale nie spojrzała na mnie. Przez chwilę stałyśmy obok siebie w tej kuchni, każda z własnymi myślami. Zawsze tak jest po rodzinnych uroczystościach – niby razem, a jednak osobno. Niby jedna rodzina, a jednak każdy z nas gra swoją rolę.
Zaczęło się niewinnie. Mama poprosiła nas o pomoc przy organizacji imienin taty. Ja upiekłam ciasto, Magda zajęła się dekoracjami. Przez cały dzień krzątałyśmy się po domu, wymieniając uprzejmości i unikając trudnych tematów. Kiedyś myślałam, że z Magdą będziemy jak siostry – przecież obie weszłyśmy do tej rodziny z zewnątrz. Ale życie szybko zweryfikowało moje wyobrażenia.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Byłam wtedy świeżo po ślubie z Pawłem, pełna nadziei i przekonana, że w nowej rodzinie znajdę swoje miejsce. Magda była już wtedy żoną Michała od kilku lat. Miała w sobie coś chłodnego, dystansującego. Może to przez to, że jej teściowa – moja nowa mama – zawsze faworyzowała synów, a nas traktowała jak dodatki do ich życia.
– Dobrze ci idzie z tym sernikiem – powiedziała Magda podczas przygotowań. – Ja nigdy nie mogę go dobrze upiec.
– To kwestia wprawy – odpowiedziałam z uśmiechem. Chciałam być miła, ale czułam, że między nami jest mur. Każda z nas walczyła o odrobinę uznania ze strony mamy i mężów.
Podczas uroczystości siedziałam przy stole i obserwowałam rodzinę. Mama śmiała się głośno z żartów Michała, Paweł opowiadał anegdoty z pracy, dzieci biegały wokół stołu. A ja? Byłam gdzieś na uboczu, podawałam talerze, dolewałam kompotu. Czułam się jak kelnerka na własnej imprezie.
Po wszystkim mama podeszła do nas i podziękowała za pomoc. Słowa były poprawne, ale zabrakło w nich ciepła. Magda spojrzała na mnie przelotnie i wzruszyła ramionami.
– Zawsze tak jest – szepnęła później w przedpokoju, kiedy zakładałyśmy płaszcze. – My tu tylko pomagamy. To nie nasza rodzina.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Przecież to też moja rodzina! Oddałam Pawłowi kilka lat życia, urodziłam mu syna, staram się być dobrą żoną i synową. Ale czy ktoś to widzi? Czy ktoś docenia?
Wieczorem Paweł zapytał:
– Co się stało? Jakaś jesteś nieobecna.
– Nic takiego – skłamałam. – Po prostu zmęczona.
Nie chciałam zaczynać kolejnej rozmowy o tym, że czuję się niewidzialna w jego rodzinie. On tego nie rozumiał. Dla niego wszystko było w porządku – mama szczęśliwa, tata zadowolony, dzieci wybawione.
Ale ja czułam się coraz bardziej samotna. Z Magdą też nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka. Każda z nas była zamknięta w swoim świecie żalów i niespełnionych oczekiwań.
Kilka dni później zadzwoniła do mnie mama.
– Kasiu, mogłabyś pomóc mi w przyszłym tygodniu? Chciałabym zrobić porządki w piwnicy.
Zgodziłam się bez wahania. Może tym razem uda mi się poczuć potrzebną?
W piwnicy było zimno i pachniało kurzem. Mama pokazywała mi stare pudełka ze zdjęciami i opowiadała historie z młodości synów. O mnie nie wspomniała ani słowem.
– A to Michał na pierwszym rowerze… A tu Paweł na kolonii…
Słuchałam i uśmiechałam się grzecznie, ale w środku czułam narastającą frustrację.
– Mamo – przerwałam jej w końcu delikatnie – a pamięta pani nasze pierwsze wspólne święta? Jak piekłyśmy razem pierniki?
Mama zamyśliła się na chwilę.
– Tak… Tak, to było miłe – odpowiedziała bez entuzjazmu.
Wróciłam do domu przygnębiona. Paweł zauważył mój nastrój.
– Znowu coś nie tak?
– Po prostu czasem mam wrażenie, że dla twojej mamy jestem tylko pomocą domową…
Paweł westchnął.
– Przesadzasz. Ona cię lubi.
Ale ja wiedziałam swoje. Czułam się jak cień w tej rodzinie – obecna, ale niewidzialna.
Kilka dni później spotkałam Magdę na zakupach.
– Też masz czasem dość? – zapytała nagle między półkami z warzywami.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Czego?
– Tego wszystkiego… Udawania, że jesteśmy jedną wielką rodziną, a tak naprawdę każda z nas jest sama ze swoimi problemami.
Poczułam ulgę. Może jednak nie jestem sama w tych uczuciach?
– Może powinniśmy częściej rozmawiać… ze sobą, nie tylko przez naszych mężów – zaproponowałam nieśmiało.
Magda uśmiechnęła się smutno.
– Może…
Od tamtej pory zaczęłyśmy spotykać się na kawie raz w tygodniu. Rozmawiałyśmy o dzieciach, pracy, marzeniach i rozczarowaniach. Powoli budowałyśmy własną relację – niezależną od oczekiwań mamy czy mężów.
Czasem nadal czuję się dodatkiem do czyjegoś życia. Ale coraz częściej myślę o tym, że to ode mnie zależy, jaką rolę sobie wybiorę. Czy naprawdę muszę być tylko tłem dla cudzych historii? A może mogę napisać własną?