Serce matki silniejsze niż wyrok: Historia Mileny, trojaczków i walki o życie
— Milena, musimy porozmawiać poważnie. — Głos doktora Brzozowskiego brzmiał jak wyrok. Siedziałam na szpitalnym łóżku, ściskając dłoń mojego męża, Pawła, tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. W powietrzu czuć było zapach środków dezynfekujących i strach, który wgryzał się w moje kości.
— Pani serce jest zbyt słabe. Ciąża z trojaczkami to ogromne obciążenie. Jeśli nie zdecydujemy się na redukcję, może pani nie przeżyć… — mówił dalej lekarz, a ja czułam, jak świat zaczyna wirować.
Redukcja. Słowo, które rozdzierało mnie na pół. Jak mam wybrać? Które z moich dzieci ma dostać szansę na życie, a które nie? Przecież jeszcze ich nie widziałam, nie przytuliłam, ale już kochałam każde z nich całym sercem. Pawłowi drżała broda, a w oczach miał łzy. — Kochanie, musisz myśleć też o sobie — wyszeptał.
Wróciliśmy do domu w milczeniu. W mieszkaniu na warszawskim Mokotowie panowała cisza, jakby nawet ściany bały się odezwać. Mama zadzwoniła wieczorem. — Milenko, życie jest najważniejsze. Twoje życie! — powtarzała z rozpaczą w głosie. Ale ja nie potrafiłam myśleć o sobie. Całą noc płakałam w poduszkę, czując pod sercem trzy maleńkie życia.
Następnego dnia poszliśmy do kościoła. Usiadłam w ostatniej ławce i patrzyłam na krzyż. — Boże, dlaczego mnie wystawiasz na taką próbę? — pytałam w myślach. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo: tata odszedł, gdy miałam pięć lat, mama pracowała na dwa etaty, żebym miała co jeść i w co się ubrać. Przetrwałyśmy wszystko razem. Teraz ja miałam być tą silną.
Kolejne dni były jak koszmar na jawie. Każda rozmowa z lekarzem kończyła się płaczem. W pracy przestali mnie pytać o ciążę — widzieli, że jestem cieniem samej siebie. Paweł coraz częściej wychodził na długie spacery wieczorami. Wiedziałam, że boi się mnie stracić.
Pewnej nocy obudziłam się zlana potem po kolejnym koszmarze. Zeszłam do kuchni i zobaczyłam Pawła przy stole z głową w dłoniach.
— Nie dam rady cię stracić — powiedział cicho. — Ale nie mogę cię zmusić do tej decyzji.
Usiadłam obok niego i długo milczeliśmy. W końcu powiedziałam: — Nie potrafię wybrać między dziećmi. Jeśli umrę, przynajmniej będę wiedziała, że zrobiłam wszystko dla nich.
Następnego dnia wróciłam do szpitala i powiedziałam lekarzowi: — Nie zgadzam się na redukcję.
Patrzył na mnie długo, potem westchnął ciężko: — To bardzo ryzykowne. Musimy panią obserwować codziennie.
Zaczęła się walka o każdy dzień. Leżałam tygodniami na oddziale patologii ciąży. Każdy ruch dziecka był dla mnie cudem i przekleństwem jednocześnie — radością i lękiem o to, czy moje serce wytrzyma jeszcze jeden dzień.
Mama przychodziła codziennie z domowym rosołem i modliła się przy moim łóżku. Paweł czytał mi książki i opowiadał o świecie za oknem. Czasem słyszałam pielęgniarki rozmawiające na korytarzu: „To ta od trojaczków… Szkoda jej”.
W trzydziestym pierwszym tygodniu zaczęły się komplikacje. Moje serce biło jak oszalałe, miałam duszności i ból w klatce piersiowej. Lekarze podjęli decyzję o natychmiastowym cesarskim cięciu.
Sala operacyjna była zimna i jasna. Czułam strach tak wielki, że ledwo mogłam oddychać. Słyszałam krzyki noworodków — najpierw jeden, potem drugi… trzeci był cichy. Zamarłam.
— Proszę się nie martwić, walczymy! — usłyszałam głos neonatologa.
Obudziłam się kilka godzin później na OIOM-ie. Paweł siedział przy moim łóżku ze łzami w oczach.
— Wszystkie żyją — wyszeptał drżącym głosem. — Dziewczynka jest słaba, ale lekarze robią wszystko…
Przez kolejne tygodnie żyliśmy między domem a szpitalem dziecięcym. Każdy dzień był walką o oddech naszych dzieci: Julii, Michała i Zosi. Najmniejsza, Zosia, przez miesiąc walczyła o życie pod respiratorem. Każda wiadomość od lekarzy była jak wyrok: raz nadzieja, raz rozpacz.
Pewnego dnia zobaczyłam przez szybę inkubatora maleńką rączkę Zosi zaciskającą się na moim palcu. Płakałam wtedy jak dziecko.
Po trzech miesiącach mogliśmy zabrać nasze trojaczki do domu. Byliśmy wykończeni fizycznie i psychicznie, ale szczęśliwi jak nigdy wcześniej.
Dziś mijają dwa lata od tamtych wydarzeń. Moje serce jest słabe, muszę uważać na siebie każdego dnia, ale patrząc na moje dzieci bawiące się w salonie wiem jedno: nie żałuję swojej decyzji ani przez chwilę.
Czasem pytam siebie: czy każda matka byłaby gotowa poświęcić wszystko dla swoich dzieci? Czy miłość naprawdę jest silniejsza niż strach? Może nigdy nie znajdę odpowiedzi… Ale wiem jedno: serce matki potrafi dokonać cudów.