Za ołtarzem: Prawda, która rozdarła moją rodzinę – historia Marii z Rużomberka
– Jozef, dlaczego znowu wracasz tak późno? – zapytałam, patrząc na zegar, który wskazywał już prawie dwudziestą pierwszą. W kuchni pachniało jeszcze świeżo upieczonym chlebem, a dzieci od dawna spały. Mój mąż, z twarzą zmęczoną i jakby nieobecną, tylko wzruszył ramionami.
– Byłem w kościele, Mario. Modliłem się za nas wszystkich – odpowiedział cicho, unikając mojego wzroku.
To był już trzeci tydzień, odkąd Jozef codziennie wychodził wieczorem do kościoła. Z początku czułam dumę – może wreszcie odnalazł wiarę, może coś się w nim zmieniło? Ale z każdym kolejnym dniem narastał we mnie niepokój. Znałam go przecież od lat. Jego dłonie, jego zapach, jego spojrzenie – wszystko to było mi bliskie. A teraz miałam wrażenie, że patrzę na obcego człowieka.
Pewnej nocy obudziłam się nagle. Jozef nie wrócił do domu. Telefon milczał. Serce waliło mi jak oszalałe. Przeszłam przez ciemny korytarz i spojrzałam przez okno – na ulicy panowała cisza. Przypomniałam sobie słowa sąsiadki: „Twój Jozef to teraz taki święty? Codziennie do kościoła? Dziwne…”
Następnego dnia postanowiłam pójść za nim. Ubrałam się cicho i wyszłam z domu kilka minut po nim. Szłam za nim przez rynek, mijając znajome twarze, aż dotarł do kościoła św. Stanisława. Weszłam za nim do środka i ukryłam się w bocznej nawie. Jozef nie modlił się jednak. Siedział w ławce z kobietą – Anną, naszą organistką. Ich dłonie splatały się pod ławką, a ich spojrzenia mówiły wszystko.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Chciałam krzyczeć, płakać, rzucić się na nich… Ale stałam tylko jak sparaliżowana. Wróciłam do domu i całą noc płakałam w poduszkę, żeby dzieci nie słyszały.
Następne dni były jak koszmar na jawie. Jozef udawał, że nic się nie stało. Ja udawałam, że wierzę w jego kłamstwa. Dzieci pytały: „Mamo, dlaczego tata jest taki smutny?” Nie umiałam odpowiedzieć.
W końcu zebrałam się na odwagę.
– Wiem o wszystkim – powiedziałam pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały. – Widziałam cię z Anną.
Jozef zbladł. Przez chwilę myślałam, że zemdleje.
– Mario… To nie tak…
– Nie kłam! – krzyknęłam przez łzy. – Dlaczego? Dlaczego mi to zrobiłeś?
Usiadł ciężko przy stole i schował twarz w dłoniach.
– Nie wiem… Sam nie wiem… Byłem samotny… Ty ciągle zajęta dziećmi, domem… Anna mnie słuchała…
– A ja? Ja cię nie słuchałam? – głos mi się łamał.
Cisza między nami była gęsta jak mgła nad Wisłą o świcie.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak dwa cienie. Dzieci wyczuwały napięcie. Najstarsza córka, Kasia, zaczęła mieć problemy w szkole. Syn przestał się uśmiechać. Ja chudłam z dnia na dzień.
W końcu Jozef spakował walizkę.
– Muszę odejść – powiedział cicho. – Nie potrafię już tu być.
Nie zatrzymałam go. Może powinnam była walczyć? Może powinnam była wybaczyć? Ale wtedy czułam tylko pustkę i ból.
Zostałam sama z dziećmi i tysiącem pytań bez odpowiedzi. Musiałam nauczyć się żyć od nowa – bez niego, bez złudzeń. Każdego dnia patrzyłam w lustro i powtarzałam sobie: „Dasz radę, Mario.”
Minęły miesiące. Powoli odbudowywałam siebie i dom. Zaczęłam pracować w bibliotece miejskiej. Dzieci wracały do równowagi. Czasem widywałam Jozefa na ulicy – zawsze z Anną. Bolało mniej niż kiedyś, ale blizna została.
Często zastanawiam się: czy można wybaczyć zdradę? Czy można jeszcze zaufać drugiemu człowiekowi po czymś takim? A może najważniejsze jest to, by nauczyć się ufać samej sobie?
Czy Wy też kiedyś musieliście stanąć twarzą w twarz z prawdą, która bolała bardziej niż wszystko inne? Jak poradziliście sobie z takim bólem?