Dom podzielony na pół: Kiedy zięć staje się wrogiem – Moja walka o rodzinę i dom
– Nie pozwolę ci tego zrobić! – krzyknąłem, czując jak krew pulsuje mi w skroniach. Stałem naprzeciwko Pawła, mojego byłego zięcia, w salonie domu, który własnymi rękami budowałem przez trzydzieści lat. Marta, moja córka, stała między nami, blada jak ściana, z oczami pełnymi łez.
– Tato, proszę… – wyszeptała, ale nie mogła dokończyć. Paweł patrzył na mnie z chłodną determinacją.
– Mam do tego prawo. Wkładałem pieniądze w remonty, płaciłem za dach, za okna. To nie jest tylko wasz dom – powiedział spokojnie, ale w jego głosie czułem lodowaty chłód.
Wtedy wszystko we mnie pękło. Przypomniałem sobie te wszystkie wieczory, kiedy po pracy wracałem do domu i zamiast odpoczywać, kładłem cegły, malowałem ściany, naprawiałem instalacje. Wszystko po to, żeby Marta miała kiedyś swoje miejsce na ziemi. Kiedy poznała Pawła, byłem szczęśliwy – wydawał się porządnym chłopakiem. Pomagał mi czasem przy drobnych pracach, ale nigdy nie traktowałem go jak współwłaściciela. To był nasz dom – mój i mojej córki.
Ich małżeństwo rozpadło się nagle. Marta wróciła do mnie z walizką i roztrzęsionym głosem powiedziała tylko: „Tato, nie mogę już z nim być”. Nie pytałem o szczegóły – widziałem jej łzy i wiedziałem, że muszę ją chronić. Ale Paweł nie zamierzał odpuścić. Najpierw przychodził pod pretekstem zabrania swoich rzeczy. Potem zaczął grozić sądem.
– Zbyszek, nie róbmy z tego wojny – próbował mnie przekonać podczas jednej z rozmów. – Chcę tylko tego, co mi się należy.
– Nic ci się nie należy! – wybuchłem. – To jest dom mojej rodziny! Ty byłeś tu tylko gościem!
Marta płakała coraz częściej. Zaczęła unikać rozmów ze mną, zamykała się w swoim pokoju. Widziałem, jak bardzo ją to wszystko boli. Moja żona, Teresa, próbowała łagodzić sytuację.
– Może powinniśmy się dogadać? – szepnęła pewnego wieczoru. – Przecież on naprawdę coś tu robił…
Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
– Ty też? Po tylu latach? To ja harowałem na ten dom! On tylko czasem przyniósł wiadro farby!
Ale Teresa miała rację – Paweł miał rachunki, przelewy, zdjęcia z remontów. Zaczął rozmawiać z prawnikami. Wkrótce przyszło pismo z sądu: żąda połowy wartości domu.
Nie spałem po nocach. Chodziłem po pustych pokojach i czułem narastającą wściekłość i bezradność. Próbowałem rozmawiać z Martą.
– Córeczko, powiedz mu… Powiedz mu prawdę! Przecież on nie ma prawa do tego domu!
Ale ona tylko spuszczała wzrok.
– Tato… ja… Ja pozwoliłam mu płacić za remonty. Chciałam, żeby czuł się tu jak u siebie…
Poczułem się zdradzony przez wszystkich. Przez Martę, przez Teresę, przez samego siebie – bo może powinienem był lepiej zabezpieczyć sprawy majątkowe? Może powinienem był być bardziej stanowczy?
W sądzie Paweł był spokojny i rzeczowy. Jego adwokat przedstawił dowody wpłat na konto Marty i faktury za materiały budowlane.
– Mój klient przez lata inwestował w nieruchomość swojej żony i teścia – mówił adwokat. – Ma prawo do zwrotu nakładów lub udziału w wartości domu.
Sędzia patrzył na mnie z wyrozumiałością, ale prawo było po stronie Pawła. Zasądzono mu zwrot połowy wartości remontów – suma była ogromna. Musiałem sprzedać część działki, żeby spłacić dług.
Po wszystkim dom już nie był taki sam. Marta wyprowadziła się do wynajmowanego mieszkania – nie mogła znieść atmosfery ciągłych kłótni i wyrzutów sumienia. Teresa zamknęła się w sobie. Ja zostałem sam w pustym salonie, patrząc na ściany, które kiedyś budowałem z dumą i miłością.
Czasem zastanawiam się: czy warto było poświęcać wszystko dla rodziny? Czy można było przewidzieć taki finał? Czy dom bez miłości to jeszcze dom?
Może ktoś z was przeżył podobną historię? Co byście zrobili na moim miejscu?