Trzecie dziecko, trzecia rana: Czy miłość wystarczy, by nas ocalić?

– Martyna, ile razy mam powtarzać, że nie stać nas na kolejne pieluchy?! – głos Andrzeja odbijał się echem od ścian naszej kuchni, podczas gdy ja próbowałam uspokoić płaczącego Antosia.

Zamknęłam oczy na chwilę, czując jak łzy napływają mi do oczu. Trzecie dziecko. Trzecia rana. Kiedyś myślałam, że miłość wystarczy, by przetrwać wszystko. Teraz czułam się jak żołnierz na froncie, walczący o każdy oddech normalności.

Nasza historia nie była wyjątkowa. Poznaliśmy się z Andrzejem na studiach w Krakowie. On – ambitny informatyk, ja – marząca o własnej kwiaciarni dziewczyna z Nowej Huty. Po ślubie zamieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu po babci. Zawsze chcieliśmy mieć dużą rodzinę. Pierwsza była Zosia – oczko w głowie dziadków. Potem przyszedł czas na Jasia. Było ciężko, ale dawaliśmy radę. Kiedy Andrzej zaczął mówić o trzecim dziecku, miałam wątpliwości. Praca na pół etatu w kwiaciarni, kredyt hipoteczny, wieczne remonty i ceny rosnące szybciej niż nasze pensje. Ale Andrzej mówił: „Martyna, damy radę! Dzieci to szczęście!”

Dziś patrzę na niego i widzę w oczach rozczarowanie. Jakby to wszystko było moją winą.

– Może powinnaś wrócić do pracy na cały etat? – rzucił pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały.

– Andrzej, przecież wiesz, że nie dam rady zostawić Antosia samego. Jest jeszcze za mały na żłobek…

– A ja mam sam wszystko ciągnąć? – jego głos był zimny jak lód.

Wtedy poczułam się zupełnie sama. Wśród pieluch, kaszek i nieprzespanych nocy. Moja mama powtarzała: „Martynko, dzieci to błogosławieństwo, ale pamiętaj o sobie”. Tylko jak pamiętać o sobie, kiedy każdy dzień to walka o przetrwanie?

Zosia zaczęła mieć problemy w szkole. Nauczycielka wezwała mnie na rozmowę:

– Pani Martyno, Zosia jest rozkojarzona, często płacze bez powodu…

Wróciłam do domu i zobaczyłam ją skuloną w kącie pokoju.

– Córeczko, co się dzieje?

– Boję się… że się rozstaniecie z tatą – wyszeptała.

Serce mi pękło. Przecież miała tylko dziewięć lat! Czy nasze kłótnie były aż tak głośne? Czy naprawdę nie potrafiliśmy ukryć przed dziećmi tego, co działo się między nami?

Wieczorami leżałam obok Antosia i słuchałam jego spokojnego oddechu. Wtedy pozwalałam sobie na łzy. Czułam się winna – za to, że nie jestem wystarczająco dobrą matką, żoną, córką… Za to, że nie przewidziałam tego chaosu.

Andrzej coraz częściej wracał późno z pracy. Czułam jego dystans nawet wtedy, gdy siedział obok mnie na kanapie.

– Może powinniśmy porozmawiać z kimś… z terapeutą? – zaproponowałam pewnego wieczoru.

– Nie mam czasu na takie bzdury – odburknął.

Zaczęłam szukać wsparcia u przyjaciółek. Kasia powiedziała mi coś ważnego:

– Martyna, nie możesz brać wszystkiego na siebie. To nie jest tylko twoja odpowiedzialność.

Ale jak to zrobić? Jak przestać czuć się winna za wszystko?

Pewnego dnia Andrzej przyszedł do domu wcześniej niż zwykle. Był zmęczony i rozdrażniony.

– Dostałem wypowiedzenie – powiedział bez emocji.

Zamarłam. Przez chwilę świat przestał istnieć.

– I co teraz? – zapytałam cicho.

– Nie wiem… Może trzeba sprzedać mieszkanie i wrócić do moich rodziców?

Wiedziałam, że to byłby koniec naszej niezależności. Koniec marzeń o własnym domu.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem. Dzieci coraz częściej chorowały – stres dawał o sobie znać nawet u najmłodszych.

Któregoś wieczoru usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam pisać list do siebie samej sprzed lat:

„Martyno,
Nie jesteś winna temu, co się dzieje. Robisz wszystko najlepiej jak potrafisz. Masz prawo być zmęczona i zagubiona. Ale masz też prawo prosić o pomoc.”

Czytałam te słowa na głos i płakałam jak dziecko.

Następnego dnia zadzwoniłam do mamy:

– Mamo… ja już nie daję rady.

Przyjechała natychmiast. Przytuliła mnie mocno i powiedziała:

– Czasem trzeba pozwolić sobie upaść, żeby potem móc wstać silniejszą.

Zaczęliśmy powoli rozmawiać z Andrzejem o terapii rodzinnej. To nie było łatwe – on wciąż uważał, że to strata czasu. Ale widziałam w jego oczach strach – taki sam jak mój.

Dziś nie wiem, co będzie dalej. Czy uda nam się odbudować zaufanie? Czy miłość wystarczy, by nas ocalić?

Patrzę na moje dzieci i wiem jedno: nie chcę już żyć w poczuciu winy i lęku. Chcę być dla nich silna – nawet jeśli czasem muszę najpierw pozwolić sobie być słabą.

Czy naprawdę można naprawić coś, co pękło już trzy razy? Czy Wy też czasem czujecie się winni za rzeczy, na które nie macie wpływu?