Dlaczego miałabym teraz się przejmować? Poznajcie Marka, złotego syna: Opowieść o rodzinie Nowaków
— Znowu ty? — głos mamy przeszył ciszę kuchni, kiedy weszłam z torbą zakupów. — Myślałam, że Marek przyjdzie dziś po pracy.
Zacisnęłam zęby. Od lat słyszałam to samo. Marek, złoty chłopiec, oczko w głowie mamy. Ja — Zuzanna — zawsze byłam tą drugą. Tą, która nie spełniała oczekiwań, która nie była wystarczająco grzeczna, wystarczająco zdolna, wystarczająco… niczyja.
Marek pojawił się w naszym życiu jak promień słońca. Pięć lat młodszy ode mnie, od początku był jej ulubieńcem. Kiedy miałam dziesięć lat i dostałam czwórkę z matematyki, mama tylko wzruszyła ramionami. Gdy Marek przyniósł do domu laurkę z przedszkola, wisiała na lodówce przez pół roku. — Zobacz, jaki on zdolny! — powtarzała wszystkim sąsiadkom.
Dziś Marek jest doradcą finansowym w Warszawie. Przystojny, elokwentny, zawsze z uśmiechem na twarzy. Mama chwali się nim na prawo i lewo: — Mój syn! Taki mądry! Taki dobry! — A ja? Ja zostałam w rodzinnym mieście, pracuję w bibliotece i opiekuję się nią od kiedy zaczęła chorować.
— Marek ma dużo pracy — odpowiedziałam cicho, rozpakowując zakupy. — Ale obiecał zadzwonić wieczorem.
Mama westchnęła ciężko. — On zawsze pamięta o mnie. Ty… czasem mam wrażenie, że jesteś tu z obowiązku.
Z obowiązku? Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko i wyjść. Ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego zaczęłam kroić warzywa na zupę, słuchając jej narzekań na lekarzy, pogodę i sąsiadkę z naprzeciwka.
Wieczorem zadzwonił Marek. Słyszałam jego głos przez drzwi do pokoju mamy:
— Mamusiu, jak się czujesz? Tak mi przykro, że nie mogłem dziś przyjechać. Wiesz, jak to jest w pracy… Ale Zuza na pewno świetnie się tobą zajmuje!
— No tak… Zuza jest tutaj — odpowiedziała mama chłodno.
Po rozmowie wyszła do kuchni. — Marek mówił, że może przyjedzie w weekend. Może wtedy odpoczniesz.
Odpocznę? Od czego? Od własnego życia?
Pamiętam dzień, kiedy tata odszedł. Miałam wtedy trzynaście lat. Mama płakała całymi dniami, a ja próbowałam ją pocieszyć. Marek był za mały, żeby rozumieć. To wtedy zaczęła się nasza samotność we dwoje — moja i mamy. Ale ona już wtedy patrzyła na mnie jak na ciężar.
W liceum zakochałam się pierwszy raz. Przyniosłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem i opowiedziałam mamie o chłopaku z klasy matematycznej. Uśmiechnęła się tylko lekko: — Uważaj na siebie. Marek też dostał dziś piątkę z historii!
Z czasem nauczyłam się nie oczekiwać niczego więcej.
Teraz siedzę przy jej łóżku i podaję leki. Czasem patrzy na mnie z wyrzutem:
— Dlaczego nie masz dzieci? Dlaczego nie masz męża? Marek już planuje ślub z Kasią!
Nie odpowiadam. Nie mam siły tłumaczyć jej po raz setny, że życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli.
Pewnego dnia Marek przyjeżdża niespodziewanie. Wchodzi do mieszkania z bukietem kwiatów i szerokim uśmiechem.
— Cześć, siostra! Jak tam nasza mama?
Patrzę na niego i czuję mieszankę zazdrości i żalu. On zawsze potrafił rozjaśnić każdy pokój swoim wejściem.
— Lepiej — odpowiadam krótko.
Mama rozpromienia się na jego widok:
— Mareczku! Jak dobrze cię widzieć! Zuza tak się stara, ale ty… ty jesteś moim skarbem!
Marek siada przy niej i zaczyna opowiadać o pracy, o planach na przyszłość. Ja zbieram talerze ze stołu i wychodzę do kuchni. Słyszę ich śmiech za ścianą.
Wieczorem Marek podchodzi do mnie:
— Zuza… wiem, że jest ci ciężko. Ale mama cię kocha na swój sposób.
Patrzę mu prosto w oczy:
— Na swój sposób? A może po prostu nigdy mnie nie kochała tak jak ciebie?
Marek milknie. Po chwili mówi cicho:
— Przepraszam.
Nie wiem, czy to wystarczy.
Kiedy mama trafia do szpitala po kolejnym ataku choroby, to ja siedzę przy jej łóżku nocami. Marek dzwoni codziennie, ale nie przyjeżdża. Lekarze mówią mi wprost: „Proszę być przygotowaną na najgorsze”.
Wtedy mama patrzy na mnie inaczej niż zwykle:
— Zuza… czy ty mi wybaczysz?
Nie wiem, co odpowiedzieć. Czy można wybaczyć lata bycia niewidzialną? Czy można zapomnieć wszystkie te razy, kiedy czułam się gorsza?
Przez kolejne dni pielęgnuję ją jak najlepiej potrafię. Czasem mam ochotę krzyczeć ze złości i bezsilności. Czasem płaczę w łazience po cichu, żeby nikt nie słyszał.
Po śmierci mamy Marek przyjeżdża na pogrzeb z narzeczoną. Wszyscy patrzą na niego jak na bohatera rodziny. Ja stoję z boku i czuję pustkę.
Po uroczystości podchodzi do mnie ciotka:
— Zuza, jesteś taka dzielna. Twoja mama była z ciebie dumna.
Uśmiecham się smutno. Czy naprawdę była?
Wieczorem siedzę sama w pustym mieszkaniu mamy i myślę o wszystkim, co się wydarzyło.
Czy jestem winna temu, że nie potrafię jej wybaczyć? Czy powinnam zapomnieć o latach bólu tylko dlatego, że była moją matką?
Może każdy z nas nosi w sobie rany, których nikt nie widzi. Może przebaczenie to coś więcej niż słowo wypowiedziane nad grobem.
Czy wy potrafilibyście wybaczyć? Czy rodzina to naprawdę wszystko?