Teściowa zabierała wszystko, nawet czajnik! Moja walka o własne życie

– Nie rozumiesz, Marto? W tym domu zawsze było tak, jak ja chciałam! – głos teściowej odbijał się echem od ścian naszej kuchni. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Mój mąż, Tomek, siedział przy stole, spuszczając wzrok na poplamiony obrus. To był trzeci dzień po naszym ślubie. Trzeci dzień, kiedy czułam się gościem we własnym domu.

Wszystko zaczęło się niewinnie. Po ślubie zamieszkaliśmy z Tomkiem w jego rodzinnym domu na obrzeżach Krakowa. Miałam nadzieję, że z czasem znajdziemy coś swojego, ale na razie musieliśmy dzielić przestrzeń z jego matką. Pani Helena była kobietą energiczną, zawsze miała ostatnie słowo i nigdy nie pozwalała sobie wejść na głowę. Od początku czułam jej chłód – jakby każda moja decyzja była nie tylko błędna, ale wręcz obrazą dla jej porządku świata.

Pierwszy konflikt wybuchł o czajnik. Zwykły, stary czajnik elektryczny, który przywiozłam z rodzinnego domu. Chciałam zrobić sobie herbatę, kiedy pani Helena weszła do kuchni i spojrzała na mnie z dezaprobatą.

– Po co ci ten czajnik? Mój jest lepszy. Twój tylko miejsce zajmuje – powiedziała i bezceremonialnie schowała mój czajnik do szafki pod zlewem.

Poczułam się upokorzona. To był drobiazg, ale dla mnie symboliczny – kawałek mojego dawnego życia, coś swojego w tej obcej przestrzeni. Próbowałam rozmawiać z Tomkiem, ale on tylko wzruszał ramionami.

– Mama zawsze tak robi. Lepiej nie wchodzić jej w drogę – tłumaczył cicho.

Z każdym dniem było coraz gorzej. Pani Helena zaczęła decydować o wszystkim: co jemy na obiad, gdzie stoją nasze rzeczy, nawet jakie firanki wiszą w sypialni. Kiedy próbowałam przestawić coś po swojemu, natychmiast wracało na swoje miejsce. Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam, że moje ubrania zostały przełożone do innej szafy – „bo tak będzie wygodniej”.

Najgorsze były wieczory. Siadaliśmy z Tomkiem przed telewizorem, a ona siadała naprzeciwko nas i zaczynała komentować każdy nasz ruch.

– Marta, nie powinnaś tyle solić ziemniaków. Tomek zawsze lubił mniej soli – mówiła z uśmiechem, który bardziej przypominał grymas.

Czułam się coraz bardziej osaczona. Próbowałam rozmawiać z Tomkiem, prosiłam go o wsparcie.

– Kochanie, musisz coś powiedzieć mamie. To nasz dom…
– Marta, ona się obrazi. Wiesz, jaka jest…

W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam. Była sobota rano. Pani Helena weszła do naszej sypialni bez pukania.

– Wstawajcie! Trzeba posprzątać ogród. Marta, ty umyjesz okna – rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Zamarłam. Spojrzałam na Tomka. On tylko wzruszył ramionami i poszedł za matką. Zostałam sama w pokoju i poczułam łzy napływające do oczu.

Wieczorem podjęłam decyzję. Musiałam postawić granicę – dla siebie i dla naszego małżeństwa. Usiadłam z Tomkiem w kuchni.

– Tomek, tak dłużej nie mogę. Albo coś się zmieni, albo… albo ja odejdę.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Przesadzasz…
– Nie! – przerwałam mu drżącym głosem. – To nie jest życie. To więzienie! Twoja mama zabiera mi wszystko – nawet czajnik! Nie mam tu nic swojego.

Tomek milczał długo. W końcu powiedział:

– Porozmawiam z nią.

Następnego dnia usiedliśmy we trójkę przy stole. Atmosfera była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią.

– Mamo… Marta ma rację. Musimy mieć trochę prywatności. To też jej dom – zaczął niepewnie Tomek.

Pani Helena spojrzała na mnie lodowatym wzrokiem.

– Jeśli ci się nie podoba, możesz wrócić do swoich rodziców – syknęła.

Zrobiło mi się słabo. Poczułam się jak intruz we własnym życiu.

Przez kolejne dni atmosfera była jeszcze bardziej napięta. Pani Helena przestała się do mnie odzywać, a Tomek coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem pracy. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej.

Pewnego wieczoru zadzwoniła moja mama.

– Córeczko, przyjedź na kilka dni. Odpoczniesz…

Spakowałam walizkę i wyszłam bez słowa. Kiedy wróciłam po tygodniu, w domu panowała cisza. Pani Helena nawet na mnie nie spojrzała.

Tomek próbował udawać, że wszystko jest w porządku, ale wiedziałam, że coś się zmieniło na zawsze.

Po kilku miesiącach udało nam się wynająć małe mieszkanie na drugim końcu miasta. Wyprowadzka była jak oddech po długim nurkowaniu – pierwszy raz od dawna poczułam się wolna.

Ale blizny zostały. Nasze małżeństwo już nigdy nie było takie jak wcześniej. Tomek często wspominał matkę, a ja bałam się każdego telefonu od niej.

Czasem zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy warto było walczyć o siebie kosztem rodziny? Czy wolność zawsze musi mieć tak wysoką cenę? Może każdy z nas nosi w sobie taki czajnik – symbol własnych granic i marzeń…