Odejście bez powrotu: Historia o macierzyństwie, bólu i przebaczeniu
— Nie mogę tego zrobić, mamo! — krzyknęłam przez łzy, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Po drugiej stronie słyszałam tylko ciężki oddech mojej matki. — Iwona, musisz być silna. Dziecko potrzebuje matki — powiedziała cicho, ale jej głos był twardy jak stal. Wtedy poczułam, jakby ktoś ścisnął mi serce. Byłam jeszcze na oddziale położniczym, a mój syn spał kilka sal dalej, otulony białym kocykiem. Miałam dwadzieścia cztery lata i czułam się jak dziecko, które zgubiło się w obcym mieście.
Nie planowałam tego wszystkiego. Kiedy dowiedziałam się o ciąży, Bartek — ojciec mojego dziecka — już od dawna był tylko wspomnieniem. Zostawił mnie dla innej, nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na wiadomości. Moja matka powtarzała, że muszę być odpowiedzialna, że nie mogę zawieść rodziny. Ale ja czułam się coraz bardziej samotna i przytłoczona. Każda noc była walką z własnymi myślami: czy dam radę? Czy będę dobrą matką?
Poród był szybki i bolesny. Kiedy położna położyła mi syna na piersi, poczułam… pustkę. Wszyscy mówili o fali miłości, która zalewa kobietę po narodzinach dziecka. Ja czułam tylko strach i zmęczenie. Patrzyłam na jego drobne rączki i zastanawiałam się, czy zasługuję na to, by być jego matką.
Przez kolejne dni w szpitalu odwiedzała mnie tylko pielęgniarka. Matka zadzwoniła raz — rozmowa skończyła się kłótnią. Bartek nie pojawił się wcale. Każdego ranka patrzyłam przez okno na szare bloki Warszawy i czułam się jak więzień własnego życia.
Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Siedziałam na łóżku i płakałam bezgłośnie, żeby nie obudzić innych matek. Wtedy przyszła do mnie starsza kobieta z sąsiedniego łóżka. — Wiesz, kochanie, czasem trzeba wybrać siebie — powiedziała cicho. — Nie każda miłość rodzi się od razu.
Te słowa zostały ze mną do rana. Kiedy przyszła pielęgniarka z moim synem, spojrzałam na niego i poczułam… nic. Było mi wstyd, ale nie potrafiłam udawać. Przez cały dzień chodziłam po korytarzu jak cień. W końcu poprosiłam o rozmowę z psychologiem.
— Pani Iwono, to nie jest łatwa decyzja — powiedziała spokojnie psycholożka. — Ale czasem największą odwagą jest przyznać się do własnych ograniczeń.
Podpisałam papiery z drżącymi rękami. Pielęgniarka zabrała mojego syna. Nie spojrzałam mu w oczy po raz ostatni — bałam się, że jeśli to zrobię, nie będę potrafiła odejść.
Wyszłam ze szpitala w deszczu. Warszawa była szara i zimna. Czułam się jak najgorszy człowiek na świecie. Przez pierwsze tygodnie nie wychodziłam z domu. Matka przestała się odzywać. Sąsiadki patrzyły na mnie z litością albo pogardą.
Każdej nocy śnił mi się płacz dziecka. Budziłam się zlana potem i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Zaczęłam chodzić na terapię. Psycholożka powtarzała mi, że depresja poporodowa to choroba jak każda inna, że nie jestem potworem.
Minęły miesiące. Znalazłam pracę w kawiarni na Mokotowie. Starałam się żyć normalnie, ale w środku czułam pustkę. Czasem widziałam młode matki z dziećmi w parku i wtedy serce ściskało mi się z bólu.
Pewnego dnia spotkałam Bartka na ulicy. Był z nową dziewczyną, śmiali się głośno. Zobaczył mnie i na chwilę zamilkł.
— Iwona… słyszałem o wszystkim — powiedział cicho.
— Nie masz prawa mnie oceniać — odpowiedziałam ostro.
— Wiem — spuścił wzrok.
Po tej rozmowie długo płakałam. Zrozumiałam wtedy, że przez cały czas próbowałam udowodnić coś innym — matce, Bartkowi, sąsiadkom — zamiast posłuchać siebie.
Minęły dwa lata od tamtego dnia w szpitalu. Czasem zastanawiam się, gdzie jest mój syn, czy jest szczęśliwy, czy ktoś go kocha tak, jak ja nie potrafiłam wtedy pokochać.
Ostatnio napisała do mnie matka:
— Może kiedyś mi wybaczysz — napisała krótko.
Odpisałam: — Może kiedyś wybaczę sobie.
Czy można przebaczyć sobie coś takiego? Czy społeczeństwo kiedykolwiek przestanie oceniać kobiety za ich wybory? Czasem myślę, że każdy z nas nosi w sobie historie, których inni nigdy nie zrozumieją.