Na poczcie odebrałam list polecony na nazwisko męża: Po otwarciu zrozumiałam, dlaczego od tygodni patrzył na mnie tak obco
– Potwierdzi pani odbiór? – metaliczny głos urzędniczki odbił się echem w mojej głowie. Stałam przy okienku pocztowym, ściskając w dłoni żółty awizo. Zanim odpowiedziałam, spojrzałam jeszcze raz na nazwisko: Michał Nowak. Mój mąż. Ostatnio był dla mnie jak cień – obecny, ale nieobecny. Przez tygodnie patrzył na mnie tak obco, jakbyśmy byli sobie zupełnie obcy.
Trzasnęła pieczątka. Zapach świeżego tuszu zmieszał się z moim niepokojem. Koperta była gruba, sztywna, z pieczątką dużego szpitala w Warszawie. Przez chwilę miałam ochotę rzucić ją do torby i udawać, że nic się nie stało. Ale ciekawość i strach wygrały. Wyszłam z poczty, usiadłam na ławce pod kasztanem i rozdarłam kopertę.
W środku był wydrukowany list i kilka załączników. Przeczytałam pierwsze zdanie i świat zawirował mi przed oczami: „Szanowny Panie, w związku z przeprowadzonymi badaniami informujemy…” Dalej były słowa, których nie rozumiałam: „nowotwór złośliwy”, „konieczność natychmiastowego leczenia”, „prosimy o pilny kontakt”.
Zadzwoniłam do Michała od razu. Odebrał po trzecim sygnale.
– Cześć, Aniu – powiedział cicho.
– Michał… – głos mi się załamał – Co to jest? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam tylko jego oddech.
– Nie chciałem cię martwić – wyszeptał w końcu. – Jeszcze nie jestem pewien… Nie chciałem robić paniki.
Wróciłam do domu jak w transie. Michał siedział przy stole, patrzył w okno. Jego ramiona były przygarbione, jakby nagle postarzał się o dziesięć lat.
– Dlaczego? – spytałam, rzucając kopertę na stół.
– Bałem się – odpowiedział bez podnoszenia wzroku. – Bałem się twojej reakcji. Bałem się, że nie będziesz już patrzeć na mnie tak samo.
Wybuchłam płaczem. Przez chwilę miałam ochotę go uderzyć, potem przytulić. Zamiast tego usiadłam naprzeciwko i zaczęłam zadawać pytania: od kiedy wie, jakie są rokowania, czy ktoś jeszcze wie.
Okazało się, że Michał od kilku miesięcy czuł się źle. Najpierw myślał, że to stres w pracy – szefowa w banku była wymagająca, a ostatnio groziły mu zwolnienia. Potem pojawiły się bóle brzucha i nagła utrata wagi. Poszedł do lekarza sam, nie mówiąc mi niczego. Wyniki przyszły dwa tygodnie temu.
– Chciałem ci powiedzieć – tłumaczył się Michał – ale za każdym razem brakowało mi odwagi. Patrzyłem na ciebie i naszą córkę i myślałem: może to pomyłka? Może jeszcze chwilę poczekam?
Wtedy weszła do kuchni Zosia, nasza dziesięcioletnia córka.
– Mamo, czemu płaczesz? – spytała cicho.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Michał podszedł do niej i przytulił ją mocno.
– Wszystko będzie dobrze, Zośka – powiedział drżącym głosem.
Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Michał chodził na kolejne badania, ja próbowałam funkcjonować normalnie: praca w szkole, zakupy, obiady. Ale każda minuta była jak czekanie na wyrok.
Pewnego wieczoru zadzwoniła moja teściowa.
– Aniu, czy wszystko u was w porządku? Michał jest jakiś inny przez telefon…
Nie wytrzymałam i powiedziałam jej prawdę. Następnego dnia przyjechała z Torunia z walizką pełną słoików i domowych ciast.
– Musicie być razem – powiedziała stanowczo. – Teraz najważniejsze jest wsparcie.
Ale wsparcie nie było łatwe. Michał zamykał się w sobie coraz bardziej. Unikał rozmów o chorobie, o przyszłości. Czasem miałam wrażenie, że już go tracę – nie przez raka, ale przez mur milczenia między nami.
Pewnej nocy obudziłam się i zobaczyłam światło w kuchni. Michał siedział przy stole z butelką piwa i patrzył w pustkę.
– Boisz się? – spytałam cicho.
– Bardziej niż czegokolwiek w życiu – odpowiedział bez wahania.
Usiadłam obok niego i po raz pierwszy od dawna złapałam go za rękę.
– Nie jesteś sam – powiedziałam. – Nawet jeśli będzie źle… przejdziemy przez to razem.
Następnego dnia pojechaliśmy razem do szpitala na konsultację onkologiczną. Lekarz był rzeczowy i konkretny: „Szanse są, ale trzeba działać szybko”. Michał podpisał zgodę na operację.
Przez kolejne tygodnie nasze życie kręciło się wokół szpitala, chemii, wyników badań. Zosia zaczęła mieć problemy w szkole – zamknęła się w sobie, przestała rozmawiać z koleżankami. Ja próbowałam być silna dla wszystkich, ale czasem zamykałam się w łazience i płakałam do utraty tchu.
Pewnego dnia znalazłam wiadomość od Michała na stole: „Przepraszam za wszystko. Gdyby coś mi się stało… Kocham was nad życie”.
Zadrżały mi ręce. Zadzwoniłam do niego natychmiast.
– Nie możesz tak po prostu odejść! – krzyczałam przez telefon.
Po drugiej stronie usłyszałam tylko cichy płacz.
Operacja się udała, ale przed nami jeszcze długa droga leczenia i niepewności. Nasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Każdy dzień jest walką o normalność i bliskość.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym nie otworzyła tego listu, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy można przygotować się na taki cios od losu? Jak długo można udawać przed sobą nawzajem, że nic złego się nie dzieje?
Może wy też kiedyś stanęliście przed podobnym wyborem? Czy lepiej znać całą prawdę od razu – nawet jeśli boli?