„Zamiast zająć się naszym dzieckiem, oddał je swojej mamie. A przyjaciółka powiedziała, że to moja wina…” – Historia Marty z Warszawy

– Znowu płacze? – głos Pawła odbił się echem w ciasnej kuchni naszego mieszkania na Ochocie. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując zmyć resztki kaszki z miseczki Antosia. Mój syn miał wtedy trzy miesiące i płakał niemal bez przerwy. Ja płakałam razem z nim, choć w środku, bo przecież „trzeba być silną”.

– Może byś go w końcu uspokoiła? – dodał Paweł, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.

Zacisnęłam zęby. Nie miałam już siły tłumaczyć, że próbuję wszystkiego: kołysania, śpiewania, noszenia na rękach. Antoś był wymagającym dzieckiem, a ja czułam się coraz bardziej bezradna. Paweł wracał późno z pracy i niemal od razu zamykał się w swoim świecie. Kiedyś byliśmy drużyną – teraz miałam wrażenie, że jestem sama na polu bitwy.

Najgorsze przyszło tydzień później. Była sobota, Paweł miał wolne. Obudziłam się z nadzieją, że może dziś mi pomoże, choć trochę odciąży. Zamiast tego usłyszałam:

– Mama zadzwoniła, zaprosiła nas na obiad. Weź Antosia, pojedziemy.

Nie miałam siły protestować. W samochodzie Antoś płakał całą drogę do Piaseczna. Paweł tylko wzdychał i podgłaśniał radio.

U teściowej było jak zwykle: sterylnie czysto, zapach rosołu i jej wieczne uwagi.

– Oj Marta, dziecko takie niespokojne… Może ty coś źle robisz? – rzuciła, nawet nie patrząc mi w oczy.

Paweł natychmiast oddał jej syna na ręce i zniknął do salonu oglądać mecz z teściem. A ja zostałam sama przy stole, czując się jak intruz we własnym życiu.

Po powrocie do domu Paweł coraz częściej proponował:

– Może mama weźmie Antosia na weekend? Odpoczniesz trochę.

Ale ja nie chciałam odpoczynku. Chciałam partnera, który stanie ze mną ramię w ramię. Zamiast tego czułam się coraz bardziej niewidzialna.

Pewnego wieczoru zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Kasi. Zawsze była moją podporą – znałyśmy się jeszcze z liceum.

– Kasia, ja już nie daję rady… Paweł mnie nie słucha, wszystko zwala na swoją mamę…

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Marta… Może faktycznie coś robisz nie tak? Może za bardzo go krytykujesz? Wiesz, faceci są inni…

Poczułam się zdradzona. Nawet ona nie rozumiała mojego bólu.

Z każdym dniem było gorzej. Paweł coraz częściej zostawiał mnie samą z Antosiem i jeździł do matki. Czasem zabierał syna ze sobą – tłumaczył, że „babcia lepiej go uspokaja”. Ja zostawałam w pustym mieszkaniu i czułam się jak najgorsza matka świata.

Zaczęłam mieć koszmary. Bałam się zasypiać, bo wiedziałam, że nocą Antoś znów będzie płakał, a ja nie będę miała siły go uspokoić. Czułam się winna – może faktycznie nie nadaję się na matkę?

W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam. Paweł wrócił późno, pachniał papierosami i piwem.

– Gdzie byłeś? – zapytałam cicho.

– U mamy. Antoś tam lepiej śpi.

– A ja? Ja się nie liczę?

Spojrzał na mnie jak na obcą osobę.

– Przesadzasz. Zawsze coś ci nie pasuje.

Wybuchłam płaczem. Krzyczałam, że jestem sama ze wszystkim, że potrzebuję wsparcia, a nie kolejnych rad jego matki. On wyszedł trzaskając drzwiami.

Następnego dnia zadzwoniła teściowa:

– Marta, może powinnaś odpocząć? Ja mogę zająć się Antosiem na stałe…

To był cios prosto w serce. Czy naprawdę wszyscy uważają mnie za złą matkę?

Zadzwoniłam do Kasi jeszcze raz.

– Kasia… Ja już nie wiem co robić…

– Marta… Może powinnaś pójść do psychologa? Może masz depresję poporodową?

Nie chciałam tego słyszeć. Przecież muszę być silna! Ale tej nocy długo patrzyłam w sufit i myślałam o tym, jak bardzo jestem samotna.

W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam do poradni psychologicznej na NFZ. Psycholożka była ciepła i wyrozumiała. Po raz pierwszy ktoś mnie wysłuchał bez oceniania.

Zaczęłam powoli odzyskiwać siły. Zrozumiałam, że nie jestem winna temu, co się dzieje – że to system nas zawiódł: brak wsparcia dla młodych matek, stereotypy o „matkach Polkach”, presja rodziny.

Paweł? Nadal ucieka do mamy przy każdej okazji. Nasze małżeństwo wisi na włosku. Ale ja już wiem jedno: nie pozwolę nikomu wmówić sobie winy za to, że jestem zmęczona i potrzebuję pomocy.

Czasem patrzę na Antosia i pytam siebie: czy on kiedyś zrozumie, jak bardzo walczyłam o naszą rodzinę? Czy kobieta naprawdę musi być zawsze silna i sama sobie radzić? Co wy o tym myślicie?