Wróciłam do domu bez zapowiedzi. To, co zobaczyłam, zniszczyło mój świat – historia zdrady, przyjaźni i walki o siebie

– Co ty tu robisz?! – głos mojego męża, Adama, odbił się echem po pustym korytarzu naszego mieszkania. Stał w drzwiach sypialni, z twarzą bladą jak ściana, a za nim… za nim stała moja najlepsza przyjaciółka, Kasia. W jednej chwili poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.

Wróciłam z delegacji dzień wcześniej. Nie chciałam go martwić, więc nie pisałam ani nie dzwoniłam – chciałam zrobić niespodziankę. W głowie układałam już plan: kolacja, lampka wina, śmiech. Zamiast tego zobaczyłam ich razem. Kasia miała na sobie moją koszulę nocną. Adam był bez słowa. Ja… ja nie mogłam złapać tchu.

– Jelena… to nie tak… – zaczęła Kasia, ale jej głos był cichy i drżący.

– Nie tak? – przerwałam jej, czując jak łzy napływają mi do oczu. – To jak?

Adam spuścił wzrok. Przez chwilę w mieszkaniu panowała cisza, którą przerywało tylko moje przyspieszone bicie serca. Chciałam krzyczeć, rzucać rzeczami, ale nie mogłam się ruszyć. Wszystko we mnie zamarło.

Wyszłam. Nie wiem jak. Nogi same mnie niosły po schodach na dół, na ulicę. Deszcz zaczął padać, ale nie czułam zimna. Szłam przed siebie, aż zadzwoniła do mnie mama.

– Jelenko, wróciłaś już? Jak było w Warszawie? – zapytała beztrosko.

Nie odpowiedziałam od razu. Głos mi się załamał.

– Mamo… Adam mnie zdradził… z Kasią.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Przyjedź do nas – powiedziała w końcu spokojnie. – Wszystko sobie poukładamy.

W domu rodziców czułam się jak dziecko. Mama robiła mi herbatę z malinami, tata próbował rozśmieszyć starymi dowcipami. Ale ja nie mogłam spać. W głowie wciąż widziałam ich razem. Zastanawiałam się: od kiedy? Dlaczego? Co zrobiłam źle?

Kasia próbowała się ze mną skontaktować. Pisała wiadomości: „Przepraszam”, „To był błąd”, „Nie chciałam cię zranić”. Adam dzwonił codziennie. Nie odbierałam.

Po tygodniu zebrałam się na odwagę i wróciłam do mieszkania po rzeczy. Adam czekał na mnie w kuchni.

– Jelena… proszę, porozmawiaj ze mną – zaczął cicho.

– O czym? O tym, jak spałeś z moją najlepszą przyjaciółką?

– To nie tak miało być… To się po prostu stało…

– Nic się nie dzieje „po prostu”, Adam! – krzyknęłam. – Ile to trwało?

Zamilkł. Widziałam w jego oczach wstyd i strach.

– Pół roku – wyszeptał w końcu.

Pół roku. Sześć miesięcy kłamstw, udawania, że wszystko jest w porządku. Przypomniały mi się wszystkie wieczory, kiedy Kasia mówiła, że jest zmęczona i nie może się spotkać. Wszystkie wyjazdy Adama na „delegacje”.

Zabrałam swoje rzeczy i wyszłam bez słowa.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak w letargu. Praca przestała mieć sens. Znajomi nie wiedzieli, co powiedzieć – jedni udawali, że nic się nie stało, inni szeptali za moimi plecami. Najbardziej bolało mnie to, że straciłam nie tylko męża, ale i przyjaciółkę.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Ola – koleżanka z pracy.

– Jelena, wiem, że ci ciężko… Ale musisz wyjść z domu. Chodź na kawę.

Nie chciałam iść, ale poszłam. Siedziałyśmy w małej kawiarni na Mokotowie. Ola słuchała mnie uważnie, nie oceniała.

– Wiesz… – powiedziała w końcu – czasem życie daje nam kopniaka po to, żebyśmy mogły zacząć od nowa.

Te słowa długo we mnie rezonowały.

Zaczęłam chodzić na jogę. Zapisałam się na kurs fotografii – zawsze o tym marzyłam, ale Adam uważał to za stratę czasu. Powoli odzyskiwałam siebie.

Po kilku miesiącach spotkałam Kasię na ulicy. Wyglądała na zmęczoną i starszą o kilka lat.

– Jelena… przepraszam – powiedziała tylko.

Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę w milczeniu.

– Wiesz co jest najgorsze? – zapytałam cicho. – Że już ci nie ufam. Ani tobie, ani nikomu innemu.

Odeszła bez słowa.

Adam próbował jeszcze wrócić. Pisał listy, zostawiał kwiaty pod drzwiami rodziców. Ale ja już wiedziałam: nie chcę żyć w kłamstwie.

Minął rok od tamtego dnia. Mam nowe mieszkanie i nową pracę. Zaczynam ufać ludziom na nowo – powoli, ostrożnie. Czasem jeszcze budzę się w nocy z uczuciem pustki, ale wiem już jedno: jestem silniejsza niż myślałam.

Czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy da się odbudować siebie po takim upadku? Może właśnie wtedy zaczynamy naprawdę żyć…