Trzy kotlety i jedna prawda: Kiedy miłość staje się ciężarem
– Iwona, ile razy mam ci powtarzać, że nie lubię tych kotletów? – głos Marka przebił się przez gwar dziecięcych rozmów i stukot sztućców. Zamarłam z widelcem w powietrzu, patrząc na niego z niedowierzaniem. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał – nawet najmłodszy, Kuba, przestał bawić się ziemniakiem na talerzu.
To był zwykły niedzielny obiad. Zwykły, a jednak inny. Przez całą sobotę biegałam po Biedronce, szukałam promocji na mięso, potem stałam w kuchni, smażąc kotlety schabowe – tak jak nauczyła mnie mama. Dla Marka zawsze robiłam je trochę inaczej: mniej panierki, więcej przypraw. Myślałam, że to doceni. Myliłam się.
– Może następnym razem zamówimy pizzę? – dodał z przekąsem, nie patrząc mi w oczy. Ola, nasza najstarsza córka, spojrzała na mnie z niepokojem. Michał udawał, że nie słyszy. Kuba zaczął płakać.
Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam, jak narasta we mnie fala żalu i bezsilności. Przez lata starałam się być dobrą żoną i matką. Odkładałam własne marzenia na później – najpierw studia, potem praca, potem własny biznes. Wszystko dla rodziny. A teraz? Jedno zdanie wystarczyło, bym poczuła się nikim.
– Może sam sobie ugotujesz? – wyrwało mi się ciszej, niż zamierzałam. Marek spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz usłyszał mój głos.
Po obiedzie zamknęłam się w łazience. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy naprawdę jestem tak bezwartościowa? Czy wszystko, co robię, jest nieważne?” Przypomniałam sobie początki naszego związku – Marek był wtedy inny. Czuły, uważny, potrafił docenić nawet najdrobniejszy gest. Gdzie to wszystko zniknęło?
Wieczorem próbowałam z nim porozmawiać.
– Marek, czy coś jest nie tak? – zapytałam cicho.
– Po prostu jestem zmęczony – odpowiedział bez emocji. – W pracy mam ciężko, dzieci ciągle czegoś chcą…
– A ja? Ja też jestem zmęczona! – wybuchłam. – Ale nikt mnie nie pyta, jak się czuję!
Zapanowała cisza. Patrzył na mnie długo, jakby widział mnie pierwszy raz od lat.
– Iwona… nie wiem już sam. Może po prostu za dużo od siebie wymagamy?
Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo. Zaczęłam przypominać sobie wszystkie drobne sytuacje z ostatnich miesięcy: jego obojętność, moje łzy ukrywane przed dziećmi, wieczory spędzane osobno – on przy komputerze, ja z książką lub prasowaniem.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie mama.
– Iwonka, wszystko w porządku? – zapytała od razu.
– Tak… – skłamałam.
– Słyszę po głosie, że coś jest nie tak. Chcesz pogadać?
Opowiedziałam jej wszystko. O kotletach, o Marku, o tym jak czuję się niewidzialna.
– Dziecko… – westchnęła mama. – Ja też przez to przechodziłam z twoim ojcem. Ale pamiętaj: musisz walczyć o siebie. Nie tylko o rodzinę.
Te słowa długo dźwięczały mi w uszach. „Walczyć o siebie” – ale jak? Przecież całe życie uczono mnie poświęcenia dla innych.
Przez kolejne dni próbowałam rozmawiać z Markiem. On zamykał się w sobie coraz bardziej. Dzieci wyczuwały napięcie – Ola zaczęła mieć problemy w szkole, Michał zamknął się w swoim pokoju na całe popołudnia.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z kartką papieru i długopisem. Zaczęłam pisać list do siebie samej:
„Iwona,
Jesteś wartościowa. Robisz wszystko najlepiej jak potrafisz. Masz prawo być zmęczona i masz prawo oczekiwać wsparcia…”
Pisałam i płakałam jednocześnie. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: jeśli sama siebie nie docenię, nikt inny tego nie zrobi.
Kilka dni później postanowiłam zrobić coś tylko dla siebie – zapisałam się na zajęcia jogi w pobliskim domu kultury. Marek popatrzył na mnie zdziwiony:
– Po co ci to?
– Bo chcę poczuć się lepiej ze sobą – odpowiedziałam spokojnie.
Nie rozumiał tego. Ale pierwszy raz od lat poczułam ulgę.
Z czasem zaczęłam coraz częściej wychodzić sama: na spacer, do kina z koleżanką, na kawę do miasta. Marek był coraz bardziej zirytowany moją „nieobecnością” w domu.
– Co z obiadem? – pytał któregoś dnia.
– Zrób sobie kanapki – odpowiedziałam bez wyrzutów sumienia.
Dzieci początkowo były zdezorientowane, ale szybko przywykły do nowej sytuacji. Ola zaczęła pomagać w kuchni, Michał sam sprzątał swój pokój.
Po kilku tygodniach Marek przyszedł do mnie wieczorem:
– Iwona… chyba cię straciłem?
Spojrzałam mu prosto w oczy:
– Nie straciłeś mnie. Po prostu zaczęłam żyć też dla siebie.
Nie wiem jeszcze, dokąd nas to zaprowadzi. Może nasz związek przetrwa tę próbę, a może nie. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie wmówić, że jestem nieważna.
Czasem zastanawiam się: ile kobiet w Polsce czuje to samo co ja? Ile z nas codziennie rezygnuje z siebie dla innych? Czy naprawdę musimy wybierać między rodziną a własnym szczęściem?