Prezent, który kosztował mnie małżeństwo: Historia Magdy i Pawła
– Magda, czy ty naprawdę myślisz, że to coś zmieni? – głos Pawła odbił się echem w kuchni, w której jeszcze przed chwilą pachniało świeżo upieczonym sernikiem. Stałam przy blacie, ściskając w dłoniach pudełko z zegarkiem, który wybrałam dla niego na naszą dziesiątą rocznicę ślubu. Zegarek był drogi, może nawet za drogi jak na nasze możliwości, ale chciałam mu pokazać, że go kocham. Że mimo wszystkich kłótni i cichych dni, wciąż wierzę w nas.
– Myślę, że to ważne – odpowiedziałam cicho, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Chciałam, żebyś wiedział…
– Że co? Że potrafisz wydać pół naszej wypłaty na coś, czego nawet nie potrzebuję? – przerwał mi z goryczą. – Magda, ja nie chcę prezentów. Chcę…
Zawahał się. Spojrzałam na niego, szukając w jego oczach cienia dawnej czułości. Ale widziałam tylko zmęczenie i złość.
– Czego chcesz? – zapytałam drżącym głosem.
– Chcę spokoju. Chcę normalności. Chcę nie czuć się jak gość we własnym domu – wybuchł nagle. – Od miesięcy chodzimy wokół siebie na palcach. Ty udajesz, że wszystko jest dobrze, a ja… Ja już nie mam siły.
Wtedy zrozumiałam, że ten prezent nie był symbolem miłości. Był próbą zaklejenia pęknięcia, które rosło między nami od lat.
Pamiętam początki. Byliśmy młodzi, zakochani i pełni marzeń. Paweł pracował w warsztacie samochodowym jego ojca w Łodzi, ja byłam nauczycielką w podstawówce. Wynajmowaliśmy małe mieszkanie na Retkini i snuliśmy plany o własnym domu z ogródkiem. Kiedy urodziła się Zosia, wszystko wydawało się jeszcze bardziej realne. Ale potem przyszły codzienne problemy: kredyt hipoteczny, choroba mojej mamy, nadgodziny Pawła i wieczne zmęczenie.
Z czasem coraz częściej milczeliśmy przy kolacji. Zosia dorastała, a my oddalaliśmy się od siebie. Próbowałam ratować nasze małżeństwo: wspólne wyjazdy nad morze, kolacje przy świecach, rozmowy do późna w nocy. Ale Paweł był coraz bardziej nieobecny. Znikał w pracy, wracał późno i zamykał się w swoim świecie.
Rok temu znalazłam w jego telefonie wiadomości do jakiejś kobiety. „To tylko koleżanka z pracy” – tłumaczył się wtedy. Chciałam wierzyć, że mówi prawdę. Przecież każdy może mieć przyjaciółkę… Ale od tamtej pory coś we mnie pękło.
Przez kolejne miesiące starałam się być lepszą żoną: gotowałam jego ulubione dania, dbałam o dom, nawet zaczęłam chodzić z nim na mecze piłki nożnej, choć nigdy tego nie lubiłam. Ale on był coraz bardziej obcy.
W dniu naszej rocznicy postanowiłam zrobić coś wyjątkowego. Sprzedałam złoty pierścionek po babci i kupiłam mu zegarek – taki sam model, o którym kiedyś wspominał podczas spaceru po Manufakturze. Chciałam mu pokazać, że pamiętam o jego marzeniach.
Ale kiedy wrócił do domu i zobaczył prezent, zamiast radości zobaczyłam w jego oczach tylko irytację.
– Magda… Ja już nie wiem, jak ci to powiedzieć – zaczął po chwili ciszy. – Myślę, że powinniśmy się rozstać.
Świat zawirował mi przed oczami. Próbowałam coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.
– To przez nią? – zapytałam szeptem.
Paweł spuścił wzrok.
– To przez nas – odpowiedział cicho. – Przez to, że od dawna jesteśmy tylko współlokatorami. Przez to, że nie potrafimy już ze sobą rozmawiać.
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam tak głośno, jak nigdy wcześniej. W głowie dudniły mi jego słowa: „Myślę, że powinniśmy się rozstać”.
Następne dni były jak koszmar na jawie. Paweł spał na kanapie w salonie. Zosia pytała mnie szeptem: „Mamo, czy tata już nas nie kocha?” Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć.
Moja mama próbowała mnie pocieszać przez telefon:
– Magda, czasem lepiej odejść niż żyć w kłamstwie – mówiła spokojnie. – Jesteś silna. Dasz sobie radę.
Ale ja czułam się jak wrak człowieka. Nie mogłam spać ani jeść. W pracy wszyscy zauważyli moją zmianę: dzieci pytały mnie czemu jestem smutna, koleżanki z pokoju nauczycielskiego patrzyły na mnie ze współczuciem.
Najgorsze były wieczory. Siedziałam sama przy stole i patrzyłam na zegarek Pawła leżący na półce w przedpokoju. Nie założył go ani razu.
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i poprosiłam go o rozmowę.
– Paweł… Czy naprawdę już nic do mnie nie czujesz?
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Magda… Próbowałem. Naprawdę próbowałem przez te wszystkie lata. Ale chyba oboje wiemy, że to już koniec.
Nie płakałam tym razem. Poczułam tylko pustkę i ulgę jednocześnie. Może rzeczywiście lepiej zakończyć coś, co od dawna było martwe?
Rozwód przebiegł szybko i bez większych kłótni. Zosia została ze mną, ale Paweł odwiedza ją regularnie. Czasem widzę go z nową partnerką na ulicy i czuję ukłucie żalu… Ale wiem też, że nie mogłam zrobić nic więcej.
Dziś ten zegarek leży na dnie szuflady razem z innymi pamiątkami po naszym małżeństwie. Czasem go wyciągam i zastanawiam się: czy gdybym wtedy postąpiła inaczej… Gdybym wcześniej zauważyła sygnały… Czy moglibyśmy być jeszcze razem?
A może są rzeczy, których nie da się naprawić żadnym prezentem? Czy miłość naprawdę wystarczy do szczęścia? Co wy o tym myślicie?