Nieznane wiadomości na telefonie mojego męża: od rozpaczy do nowej bliskości – historia, która mogła przydarzyć się każdej z nas
– Kto to jest, Franc? – zapytałam, trzymając w dłoni jego telefon, który jeszcze przed chwilą leżał na kuchennym stole. Moje palce drżały, a serce waliło jak oszalałe. Na ekranie świeciły się wiadomości od kogoś podpisanego jako „Kasia Nowak”. Słowa były czułe, pełne troski, a nawet… tęsknoty.
Franc spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nie rozumiał, o co pytam. – O co ci chodzi, Marysiu? – próbował się uśmiechnąć, ale widziałam w jego oczach cień niepokoju.
– Nie udawaj! – głos mi się załamał. – Kim jest ta kobieta? Dlaczego pisze do ciebie takie rzeczy? Od kiedy ukrywasz przede mną takie sprawy?
Przez chwilę w kuchni panowała cisza tak gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach. Franc spuścił wzrok i zaczął nerwowo pocierać dłonie. W tej chwili poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Przez 38 lat małżeństwa ufałam mu bezgranicznie. Przeżyliśmy razem wszystko: narodziny dzieci, śmierć mojej mamy, jego zwolnienie z pracy i moją chorobę. A teraz…?
W głowie kłębiły mi się myśli: Czy to możliwe, że przez tyle lat byłam ślepa? Czy on naprawdę mnie zdradza? Może już od dawna jestem dla niego tylko tłem, a on szuka szczęścia gdzie indziej?
– Marysiu, to nie tak… – zaczął cicho Franc. – Kasia to…
– Nie chcę słuchać wymówek! – przerwałam mu, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Chcę znać prawdę. Teraz.
Franc westchnął ciężko i usiadł przy stole. Przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.
– Kasia to córka mojego kolegi z pracy. Pomagam jej czasem… Ona ma problemy w domu. Pisze do mnie, bo nie ma z kim porozmawiać.
Nie wierzyłam mu. W głowie słyszałam tylko jedno: „kłamie”. Przecież te wiadomości były zbyt osobiste. „Tęsknię za twoim głosem”, „Dziękuję, że jesteś”, „Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła”…
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam jak dziecko. Wspomnienia przelatywały mi przed oczami: nasz pierwszy taniec na studniówce, wspólne wakacje nad Bałtykiem, narodziny syna… Czy to wszystko miało się rozpaść przez jedną kobietę?
Następne dni były koszmarem. Unikaliśmy się w domu, rozmawialiśmy tylko o sprawach koniecznych. Nasza córka Ania zauważyła napiętą atmosferę.
– Mamo, co się dzieje? – zapytała któregoś wieczoru.
– Nic, kochanie. Po prostu… jestem zmęczona – skłamałam.
Ale Ania nie dała się zwieść. Po kilku dniach przyszła do mnie do pokoju.
– Wiem, że coś jest nie tak z tatą. Słyszałam waszą kłótnię. Mamo… czy tata cię zdradza?
Te słowa zabolały mnie bardziej niż wszystko inne. Nie chciałam, żeby dzieci cierpiały przez nasze problemy.
W końcu zebrałam się na odwagę i poprosiłam Franca o rozmowę.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie w salonie. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy bez słowa.
– Marysiu… Przepraszam cię za wszystko. Powinienem był ci powiedzieć o Kasi od razu. Ale bałem się twojej reakcji. Ona naprawdę tylko szukała wsparcia…
– Ale dlaczego pisała do ciebie takie rzeczy? – zapytałam cicho.
Franc spuścił głowę.
– Bo byłem dla niej kimś w rodzaju ojca. Jej własny ojciec pije i znika z domu na całe tygodnie. Kasia jest zagubiona… Może rzeczywiście przekroczyłem granicę, pozwalając jej pisać takie rzeczy. Ale przysięgam ci: nigdy cię nie zdradziłem.
Chciałam mu wierzyć, ale strach i ból były silniejsze niż rozsądek.
– Musisz mi dać czas – powiedziałam tylko.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Ja zamknęłam się w sobie, Franc próbował naprawić sytuację: przynosił kwiaty, gotował obiady, pisał mi liściki jak kiedyś na początku naszego związku.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Kasia.
– Pani Marysiu… Przepraszam, że dzwonię, ale muszę pani coś powiedzieć.
Była roztrzęsiona i płakała przez telefon.
– Ja naprawdę nie chciałam niczego zepsuć między panią a panem Francem. On był dla mnie jak drugi tata… Pomógł mi wyjść z bardzo trudnej sytuacji w domu. Gdyby nie on… nie wiem, co by się ze mną stało.
Po tej rozmowie długo siedziałam w milczeniu. Zrozumiałam wtedy, jak bardzo moje lęki i wyobrażenia mogły wypaczyć rzeczywistość.
Wieczorem podeszłam do Franca i objęłam go mocno.
– Przepraszam cię… Za brak zaufania. Za to wszystko.
Franc rozpłakał się jak dziecko. Po raz pierwszy od lat poczułam, że jesteśmy sobie naprawdę bliscy.
Od tamtej pory zaczęliśmy budować naszą relację od nowa: dużo rozmawialiśmy, chodziliśmy razem na spacery po parku, zaczęliśmy nawet chodzić na terapię dla par.
Dziś wiem jedno: zaufanie można stracić w jednej chwili, ale odbudować je to praca na całe życie. Czy warto było przejść przez ten ból? Tak – bo dzięki temu odkryliśmy siebie na nowo.
Czasem patrzę na Franca i myślę: ile jeszcze tajemnic kryje się w ludziach najbliższych nam sercu? Czy potrafimy wybaczać naprawdę – czy tylko udajemy przed sobą i innymi?