Nie Mogłam Powiedzieć Jego Mamie Prawdy Zamiast Niego: Życie U Boku Maminsynka

— Ivona, nie rozumiesz, mama po prostu się martwi — Daniel znowu próbował mnie przekonać, że jego matka ma dobre intencje. Siedziałam na kanapie w naszym małym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, ściskając w dłoniach kubek zimnej już herbaty. Za oknem padał deszcz, a w mojej głowie szalała burza.

— Martwi się? Daniel, ona codziennie dzwoni, żeby zapytać, czy już jestem w ciąży. Wczoraj przyszła bez zapowiedzi i zaczęła przeglądać moje leki w łazience! — głos mi zadrżał, a łzy napłynęły do oczu. — Ile jeszcze mam to znosić?

Daniel spuścił wzrok. — Wiem, że to trudne, ale ona po prostu chce wnuka. Wiesz, jak bardzo jej na tym zależy.

Wiedziałam. Wiedziałam aż za dobrze. Od dnia naszego ślubu Helena dawała mi do zrozumienia, że moim głównym zadaniem jest urodzić jej wnuka. Każde święta, każda rodzinna uroczystość zamieniały się w przesłuchanie. „Ivona, a może już coś się zmienia? Może powinnaś mniej pracować? Może powinnaś jeść więcej rosołu?”. Czułam się jak inkubator, nie jak człowiek.

Najgorsze przyszło po trzech latach starań. Lekarz powiedział nam wprost: „Szanse są minimalne. Możecie próbować in vitro, ale to długa i trudna droga”. Daniel był załamany, ale to ja musiałam stawić czoła Helenie. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Siedziałyśmy w jej kuchni, a ona patrzyła na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem.

— Ivona, Daniel był zawsze zdrowy. To pewnie przez twoją pracę, te wszystkie stresy. Może powinnaś pomyśleć o zmianie trybu życia?

Zacisnęłam zęby. — Pani Heleno, robimy wszystko, co w naszej mocy. Lekarze powiedzieli, że to nie jest takie proste.

— Ale Daniel zawsze chciał dużą rodzinę. Ja też. — Jej głos był zimny jak lód. — Może powinniście spróbować innych metod? Znam jedną zielarkę pod Radomiem, podobno cuda robi.

Wróciłam do domu i wybuchłam płaczem. Daniel próbował mnie pocieszyć, ale czułam, że jestem sama. On nie potrafił postawić granicy. Zawsze powtarzał: „Mama się martwi, mama chce dobrze”. Ale ja wiedziałam, że to nie jest troska, tylko kontrola.

Z czasem zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Każda wizyta u Heleny kończyła się kłótnią. Daniel był rozdarty. — Ivona, proszę cię, nie rób mi tego. Mama jest dla mnie ważna.

— A ja? — zapytałam pewnego wieczoru. — Czy ja jestem dla ciebie ważna?

Nie odpowiedział. Wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Siedziałam sama, słuchając ciszy, która bolała bardziej niż najgorsze słowa.

Kiedy zaczęliśmy procedurę in vitro, Helena dowiedziała się o wszystkim. Przyszła do nas bez zaproszenia, z torbą pełną ziół i książek o „naturalnych metodach leczenia niepłodności”. — To wszystko przez te chemikalia, przez lekarzy. Kiedyś kobiety rodziły dzieci bez takich cudów — mówiła, rozkładając ręce.

— Pani Heleno, to nasza decyzja — próbowałam zachować spokój. — Proszę to uszanować.

— Ale ja chcę tylko pomóc! — krzyczała. — Nie rozumiesz, że robisz krzywdę mojemu synowi?

Wtedy pękłam. — A co ze mną? Czy ktoś tu w ogóle myśli o mnie?

Daniel stał z boku, milczący, jakby nie istniał. Po wyjściu Heleny długo nie rozmawialiśmy. W końcu powiedział: — Może powinnaś spróbować się z nią dogadać. To moja mama.

— A ja jestem twoją żoną! — wykrzyczałam. — Ile jeszcze mam znosić? Ile razy mam udawać, że wszystko jest w porządku?

Czułam się jak cień samej siebie. Każda kolejna nieudana próba, każda wizyta u lekarza, każdy komentarz Heleny wbijał mnie głębiej w poczucie winy. Zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko ma sens. Czy warto walczyć o małżeństwo, w którym nie jestem najważniejsza?

Pewnego dnia, po kolejnej awanturze, spakowałam walizkę. Daniel patrzył na mnie z niedowierzaniem. — Co ty robisz?

— Wyjeżdżam na kilka dni do mamy. Muszę odpocząć. Muszę pomyśleć.

Nie zatrzymał mnie. Przez trzy dni nie dzwonił, nie pisał. Wróciłam do pustego mieszkania. Na stole leżał list od Heleny. „Ivona, wiem, że nie jesteś szczęśliwa. Ale Daniel to mój jedyny syn. Nie pozwolę, żebyś go skrzywdziła.”

Zrozumiałam wtedy, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. Że Daniel nigdy nie stanie po mojej stronie. Że muszę postawić granicę, zanim całkowicie się zatracę.

Zdecydowałam się na terapię. Sama. Daniel nie chciał iść ze mną. — To twoje problemy, Ivona — powiedział. — Ja nie mam z tym nic wspólnego.

Na terapii nauczyłam się jednego: nie jestem odpowiedzialna za cudze oczekiwania. Nie muszę spełniać marzeń Heleny. Nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku. Mam prawo do własnych granic.

Po roku podjęłam decyzję o rozwodzie. Daniel był w szoku. — Przecież nic się nie stało! — krzyczał. — To tylko moja mama!

— Właśnie. To tylko twoja mama. A ja jestem tylko twoją żoną. I nie chcę już być tą drugą.

Dziś mieszkam sama. Czasem spotykam się z Danieliem na ulicy. Jest smutny, zagubiony. Helena podobno wciąż szuka dla niego „odpowiedniej” kobiety.

Często zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy powinnam była powiedzieć Helenie prawdę o naszym małżeństwie? Czy powinnam była walczyć o Daniela mocniej? Ale wiem jedno: nie mogłam żyć w cieniu cudzych oczekiwań.

Czy naprawdę musimy poświęcać siebie, by zadowolić innych? Czy miłość to zawsze rezygnacja z własnych granic? Co wy byście zrobili na moim miejscu?