„Nie jesteś obca, jesteś żoną!” – Tydzień przed rocznicą, który zmienił wszystko
– Magda, nie przesadzaj. Przecież to twoja rola – usłyszałam, kiedy po raz kolejny próbowałam wytłumaczyć teściowej, że nie dam rady przygotować całej kolacji na naszą rocznicę sama. Stałam w kuchni, ręce mi się trzęsły, a w oczach zbierały łzy. Z salonu dobiegały odgłosy śmiechu mojego męża, Piotra, i jego ojca. Ja byłam tu – znowu sama, znowu niewidzialna.
– Ale mamo, ja też pracuję! – próbowałam jeszcze raz, choć wiedziałam, że to walka z wiatrakami.
– Praca pracą, ale dom to twoje królestwo. Nie jesteś tu obca, jesteś żoną! – powiedziała z naciskiem, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
Wtedy coś we mnie pękło. Przez siedem lat małżeństwa starałam się być idealną żoną, synową, matką. Zawsze na czas, zawsze z obiadem na stole, zawsze z uśmiechem. Nawet kiedy wracałam po dziesięciu godzinach pracy w biurze rachunkowym i marzyłam tylko o tym, żeby się położyć na kanapie i nie ruszać do rana. Ale przecież „dom to moje królestwo”.
Pamiętam ten pierwszy wspólny wieczór z Piotrem. Byliśmy wtedy jeszcze narzeczeństwem. Siedzieliśmy na ławce w parku przy ulicy Sienkiewicza, a on trzymał mnie za rękę i mówił: „Z tobą mogę być sobą”. Wtedy uwierzyłam, że razem stworzymy dom pełen szacunku i wsparcia. Że będę mogła być sobą – Magdą, a nie tylko czyjąś żoną czy synową.
Ale życie szybko zweryfikowało te marzenia. Po ślubie zamieszkaliśmy w domu Piotra – jego rodzice mieli piętro wyżej. Na początku wydawało się to praktyczne: pomoc przy dzieciach, bliskość rodziny. Jednak z każdym miesiącem czułam się coraz bardziej jak lokatorka we własnym życiu. Teściowa miała zdanie na każdy temat: jak wychowywać dzieci, co gotować na niedzielny obiad, nawet jak powinnam się ubierać do pracy.
Piotr? On zawsze stawał po stronie matki. „Ona chce dobrze”, „Nie przejmuj się”, „To tylko jej sposób bycia” – powtarzał. Ale ja czułam się coraz bardziej samotna.
Tydzień przed naszą siódmą rocznicą ślubu wszystko się skumulowało. W pracy miałam trudny okres – zamknięcie miesiąca, nadgodziny, szefowa wymagająca niemożliwego. W domu dzieci chore, nocne pobudki, gorączka. I jeszcze ta kolacja rocznicowa – teściowa zaprosiła całą rodzinę Piotra bez pytania mnie o zdanie.
W czwartek wieczorem usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko. Piotr wszedł do sypialni i spojrzał na mnie zaskoczony:
– Co się stało?
– Nie dam rady… Po prostu nie dam rady tego wszystkiego ogarnąć – wyszeptałam.
– Przecież mama ci pomoże.
– Mama? Ona tylko mówi mi, co mam robić! A ty? Ty nawet nie zapytałeś, czy chcę tę kolację! – krzyknęłam przez łzy.
Piotr wzruszył ramionami i wyszedł bez słowa. Poczułam się wtedy tak bardzo sama.
Następnego dnia w pracy koleżanka zapytała mnie: „Magda, czemu ty zawsze wyglądasz na tak zmęczoną?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo jak powiedzieć komuś, że czuję się niewidzialna? Że nie pamiętam już, kim jestem poza rolami narzuconymi przez innych?
W sobotę rano teściowa przyszła do kuchni i zaczęła wydawać polecenia:
– Magda, obrus wyprasuj, ciasto upiecz, dzieci ubierz odświętnie… I pamiętaj: goście mają czuć się jak w domu!
Wtedy spojrzałam jej prosto w oczy i powiedziałam:
– A ja? Ja też jestem gościem w tym domu?
Zamilkła na chwilę, po czym odparła:
– Nie przesadzaj. Jesteś żoną mojego syna. To twoje miejsce.
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Bo ja nie chciałam być tylko żoną czyjąś. Chciałam być Magdą – kobietą z marzeniami, pasjami, własnym zdaniem.
Wieczorem zadzwoniła do mnie mama:
– Córeczko, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.
I wtedy pękła tama. Opowiedziałam jej wszystko – o samotności, o braku wsparcia ze strony Piotra, o tym jak bardzo tęsknię za sobą sprzed lat.
– Magda, musisz zawalczyć o siebie. Nikt za ciebie tego nie zrobi – powiedziała spokojnie.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myśli kłębiły mi się w głowie: Czy naprawdę muszę poświęcić siebie dla innych? Czy to jest cena bycia żoną i matką?
W niedzielę rano podjęłam decyzję. Zamiast szykować kolację dla dwudziestu osób, ubrałam się i wyszłam z domu. Pojechałam do lasu pod miastem – tam gdzie zawsze czułam spokój. Siedziałam na pniu drzewa i płakałam. Ale to były inne łzy – łzy ulgi i buntu jednocześnie.
Po powrocie do domu Piotr czekał na mnie w kuchni:
– Gdzie byłaś? Wszyscy pytali!
– Byłam tam, gdzie mogę być sobą. I chyba muszę tam wracać częściej – odpowiedziałam spokojnie.
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Ale wiem jedno: nie chcę już być niewidzialna we własnym życiu.
Czy naprawdę naszym zadaniem jako kobiet jest zawsze stawiać potrzeby innych ponad własne? A może najwyższy czas zacząć walczyć o siebie?