Mój mąż zostawił mnie dla innej kobiety. 15 lat później zapukał do moich drzwi prosząc o pomoc
– Anka, musimy porozmawiać – głos Marka brzmiał obco, jakby mówił do mnie ktoś zupełnie inny. Stał w progu naszego mieszkania, z torbą w ręku, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi. Był wieczór, dzieci już spały, a ja kończyłam czytać książkę, gdy nagle usłyszałam klucz w zamku. Nie spodziewałam się, że to będzie ta rozmowa. Przez chwilę miałam nadzieję, że może przyniósł wino, może chce porozmawiać o czymś błahym, ale jego twarz była napięta, oczy spuszczone.
– Co się stało? – zapytałam, choć już przeczuwałam, że to nie będzie nic dobrego.
– Poznałem kogoś. Zakochałem się. Przepraszam, Anka. Nie chcę cię ranić, ale muszę odejść.
To był moment, w którym mój świat się zatrzymał. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Wszystko, co budowaliśmy przez piętnaście lat, nagle przestało mieć znaczenie. Nasze wspólne święta, narodziny dzieci, wspólne plany na przyszłość – wszystko rozsypało się w pył. Nie płakałam. Nie wtedy. Patrzyłam na niego, jakby był obcym człowiekiem. Wyszedł, a ja zostałam sama z dwójką dzieci i tysiącem pytań bez odpowiedzi.
Przez kolejne miesiące żyłam jak w transie. Praca, dom, dzieci, zakupy, szkoła, obiady, pranie. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Wieczorami, gdy dzieci spały, siadałam na kanapie i płakałam w ciszy. Czułam się zdradzona, oszukana, niepotrzebna. Przyjaciółki mówiły: „Dasz radę, Anka, jesteś silna”. Ale ja nie czułam się silna. Czułam się jak wrak człowieka.
Najgorsze były święta. Wigilia bez Marka, puste miejsce przy stole. Dzieci pytały, kiedy tata wróci. Nie umiałam im odpowiedzieć. Z czasem przestały pytać. Zaczęły dorastać szybciej niż powinny. Ja też musiałam dorosnąć. Znalazłam drugą pracę, żeby utrzymać dom. Nauczyłam się naprawiać kran, wymieniać żarówki, radzić sobie z awariami samochodu. Z czasem zaczęłam się uśmiechać. Zaczęłam żyć na nowo, choć blizna po tamtym dniu nigdy się nie zagoiła.
Marek dzwonił czasem do dzieci, rzadko do mnie. Widywali się w weekendy, choć z czasem i to przestało być regularne. Słyszałam, że ułożył sobie życie z tą kobietą. Że mają dziecko. Że jest szczęśliwy. Bolało, ale nauczyłam się z tym żyć. Skupiłam się na sobie, na dzieciach, na pracy. Zaczęłam chodzić na jogę, spotykać się z koleżankami, wyjeżdżać na krótkie wycieczki. Po latach poczułam, że jestem kimś więcej niż tylko „byłą żoną Marka”.
Minęło piętnaście lat. Dzieci dorosły, wyprowadziły się z domu. Zostałam sama w dużym mieszkaniu, które kiedyś tętniło życiem. Czasem czułam się samotna, ale nauczyłam się doceniać ciszę. Pewnego wieczoru, gdy wróciłam z pracy, usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. Otworzyłam i… zamarłam. Przed moimi drzwiami stał Marek. Starszy, posiwiały, z podkrążonymi oczami. W ręku trzymał torbę, jak wtedy, piętnaście lat temu.
– Anka… – zaczął niepewnie. – Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Nie mam się gdzie podziać. Wszystko się posypało. Ona mnie zostawiła. Straciłem pracę. Nie mam dokąd pójść. Czy mogę… czy mogę zostać u ciebie na kilka dni?
Patrzyłam na niego w milczeniu. Przez głowę przelatywały mi wszystkie wspomnienia – te dobre i te złe. Przypomniałam sobie, jak płakałam po nocach, jak dzieci pytały o tatę, jak musiałam nauczyć się żyć bez niego. Przypomniałam sobie też, jak bardzo go kiedyś kochałam. I jak bardzo mnie zranił.
– Marek, nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziałam cicho. – Minęło tyle lat. Nie jestem już tą samą osobą. Ty też nie jesteś tym samym człowiekiem.
– Wiem. Ale nie mam nikogo. Proszę cię, Anka. Choćby na kilka dni. Potem coś wymyślę.
Wpuściłam go do środka. Zrobiłam herbatę. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w kuchni, jak dawniej, ale wszystko było inne. Marek opowiadał o swoim życiu, o tym, jak wszystko się posypało. O tym, jak jego nowa partnerka okazała się kimś zupełnie innym, niż myślał. O tym, jak stracił pracę, bo firma zbankrutowała. O tym, jak jego nowa rodzina się rozpadła. Słuchałam go, ale nie czułam już żalu. Czułam raczej współczucie. I ulgę, że ja potrafiłam się podnieść.
Przez kolejne dni Marek mieszkał u mnie. Pomagał w domu, gotował obiady, naprawił cieknący kran. Dzieci, gdy się dowiedziały, były w szoku. Syn powiedział: „Mamo, nie musisz mu pomagać. On cię zostawił”. Córka była bardziej wyrozumiała: „Może każdy zasługuje na drugą szansę?”. Ja sama nie wiedziałam, co czuję. Z jednej strony chciałam mu pomóc, z drugiej – bałam się, że znowu mnie zrani.
Pewnego wieczoru Marek zapytał: – Anka, czy myślisz, że moglibyśmy jeszcze kiedyś być razem?
Zamilkłam. Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich strach, żal, nadzieję. Ale ja już nie byłam tą samą Anką, która kiedyś czekała na niego z obiadem. Byłam silniejsza, bardziej niezależna. Wiedziałam, że nie chcę wracać do przeszłości.
– Marek, wybaczyłam ci. Ale nie potrafię już cię kochać. Potrzebuję spokoju. Potrzebuję siebie.
Odszedł po kilku dniach. Tym razem nie płakałam. Czułam ulgę. Czułam, że zamknęłam pewien rozdział swojego życia. Że wreszcie jestem wolna.
Czasem zastanawiam się, dlaczego ludzie wracają do tych, których kiedyś zranili. Czy to naprawdę skrucha, czy tylko strach przed samotnością? A wy – czy potrafilibyście wybaczyć komuś, kto was tak bardzo zranił?