Mąż wyjechał w delegację i nie wrócił. Po tygodniu przysłał SMS: „Zaczynam nowe życie” – Moja historia o zdradzie, samotności i sile, której nie znałam

– „Kiedy wrócisz?” – zapytałam przez telefon, słysząc w tle szum dworca.

– „Nie wiem, Aniu. Może w piątek. Zobaczymy, jak się sprawy potoczą.”

To był zwykły poniedziałek. Zwykłe pożegnanie w drzwiach. Michał rzucił mi szybkie „pa”, nawet nie spojrzał w oczy. Zostałam sama w kuchni, z kubkiem zimnej kawy i ciszą, która zawsze towarzyszyła jego wyjazdom służbowym. Przez dziesięć lat naszego małżeństwa takich delegacji było dziesiątki – nigdy nie miałam powodów do niepokoju.

Tym razem jednak coś było inaczej. Może to przez sposób, w jaki zamknął drzwi? Albo przez to, że nie pocałował mnie na pożegnanie? Odpędziłam te myśli. Przecież Michał był zawsze taki – zamknięty w sobie, skupiony na pracy. Ja byłam tą, która dbała o dom, o naszą córkę Zosię, o wszystko.

Pierwsze dni minęły spokojnie. Rano odprowadzałam Zosię do przedszkola, potem praca zdalna, szybki obiad, wieczorem bajka i kolacja. Michał dzwonił krótko – „Jestem zmęczony”, „Dużo roboty”, „Nie mogę teraz rozmawiać”. Nie dziwiło mnie to. Tak było zawsze.

Siódmego dnia obudziłam się wcześnie. Była sobota. Zosia spała jeszcze w swoim pokoju. Wzięłam telefon do ręki – żadnej wiadomości od Michała. Wyszłam do kuchni, nastawiłam wodę na kawę. Wtedy usłyszałam dźwięk SMS-a.

„Ania, zaczynam nowe życie. Nie wracam. Przepraszam.”

Przeczytałam te słowa trzy razy. Serce waliło mi jak oszalałe. Zadzwoniłam do niego natychmiast – sygnał, potem poczta głosowa. Napisałam: „Co to znaczy? Michał, odezwij się!” Cisza.

Poczułam się jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez chwilę stałam bez ruchu, z telefonem w dłoni, próbując zrozumieć, czy to jakiś żart. Ale Michał nie żartował nigdy.

Zosia przyszła do kuchni z misiem pod pachą.
– „Mamusiu, kiedy tata wróci?”
Nie umiałam odpowiedzieć.

Przez kolejne dni żyłam jak w transie. Dzwoniłam do jego rodziców – nie wiedzieli nic. Do jego siostry – była równie zaskoczona jak ja.

Moja mama przyjechała natychmiast.
– „Ania, musisz być silna dla Zosi.”
Ale ja nie byłam silna. Płakałam nocami do poduszki, a za dnia udawałam przed córką, że wszystko jest w porządku.

W pracy zaczęły się problemy – nie mogłam się skupić, popełniałam błędy. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę.
– „Aniu, jeśli potrzebujesz wolnego…”
– „Nie mogę sobie pozwolić na wolne.”

Wszystko zaczęło się sypać – rachunki, obowiązki domowe, opieka nad Zosią. Każdy dzień był walką o przetrwanie.

Po dwóch tygodniach Michał zadzwonił.
– „Ania… Przepraszam. Nie potrafię już tak żyć. Poznałem kogoś.”
– „Kogo?”
– „To nie ma znaczenia.”
– „Dla mnie ma! Dla Zosi!”
– „Zosia jest dla mnie ważna… Ale muszę być szczery wobec siebie.”

Rzuciłam słuchawką o stół. Przez kilka minut siedziałam bez ruchu, czując jak narasta we mnie gniew i rozpacz.

Wieczorem zadzwoniła moja teściowa.
– „Ania… Michał mówił mi tylko tyle, co tobie. Nie wiem, co mu odbiło.”
– „Może powinna pani porozmawiać z synem.”
– „On nie odbiera ode mnie telefonu.”

Wszyscy byliśmy bezradni.

Najgorsze były rozmowy z Zosią.
– „Mamusiu, dlaczego tata nie dzwoni?”
– „Tata jest bardzo zajęty.”
Ale dzieci czują więcej niż nam się wydaje. Zosia zaczęła moczyć się w nocy, była rozdrażniona, płakała bez powodu.

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka, pani Halina.
– „Aniu, słyszałam… Jeśli potrzebujesz pomocy…”
Popłakałam się przy niej pierwszy raz od dawna.

Z czasem zaczęły wychodzić na jaw kolejne fakty – Michał zamieszkał z jakąś kobietą z pracy w Warszawie. Widział go tam kolega mojego brata.

Moja rodzina była wściekła.
– „Jak on mógł ci to zrobić?!” – krzyczała moja siostra Magda.
– „Nie zasłużyłaś na to!”
Ale ja czułam tylko pustkę i żal.

Przyszły papiery rozwodowe. Michał chciał załatwić wszystko szybko i bez sądu.
– „Nie chcę wojny” – napisał w mailu.
A ja? Ja chciałam tylko odpowiedzi: dlaczego? Co zrobiłam źle?

W sądzie spotkaliśmy się po raz pierwszy od miesięcy. Michał był inny – obcy, chłodny.
– „Chcę płacić alimenty na Zosię” – powiedział spokojnie.
– „A co z nią? Co z jej uczuciami?”
Milczał.

Po rozwodzie zostałam sama z dzieckiem i kredytem na mieszkanie. Musiałam nauczyć się wszystkiego od nowa – naprawiać kran, rozliczać PIT-y, radzić sobie z awariami samochodu.

Były dni, kiedy miałam ochotę po prostu wyjść i nigdy nie wrócić. Ale patrzyłam na Zosię i wiedziałam, że muszę być dla niej silna.

Z czasem zaczęłyśmy układać sobie życie na nowo. Zosia znalazła przyjaciółkę w przedszkolu; ja zaczęłam chodzić na jogę i spotykać się z koleżankami ze studiów. Powoli wracały uśmiechy i spokój.

Ale czasem wieczorami pytam siebie: czy można naprawdę zaufać jeszcze komuś po takim ciosie? Czy można jeszcze uwierzyć w miłość?

Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak poradziłyście sobie po zdradzie? Czy da się odbudować życie od nowa?