„Dlaczego nie gotujesz jak Kasia?” – Moja walka o zrozumienie przy rodzinnym stole
– Znowu schabowe? – głos Pawła przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, zmywając garnek po ziemniakach, kiedy usłyszałam ten ton – ten sam, który pojawia się zawsze, gdy coś jest nie tak. – U Kasi codziennie coś innego. Ostatnio robiła jakieś curry z dynią. Może byś spróbowała czegoś nowego?
Zacisnęłam dłonie na ściereczce. W głowie miałam tysiąc odpowiedzi, ale żadna nie chciała przejść przez gardło. Zamiast tego poczułam znajome pieczenie pod powiekami. Nie chciałam płakać. Nie przy nim. Nie przy dzieciach.
– Może jakbyś wracał wcześniej do domu, to byśmy razem coś ugotowali – powiedziałam cicho, starając się ukryć drżenie głosu.
Paweł westchnął ciężko, jakby to on był ofiarą tej sytuacji. – Przecież wiesz, że mam robotę. Ale Kasia też ma dzieci, a jednak daje radę. Może po prostu bardziej jej zależy?
Wtedy coś we mnie pękło. Odwróciłam się gwałtownie, czując jak gniew i bezsilność mieszają się ze sobą w gorzki koktajl.
– Kasia siedzi w domu! Ma czas na gotowanie i pieczenie! Ja pracuję dziesięć godzin dziennie, potem odbieram dzieci, robię zakupy, sprzątam… Czy ty w ogóle widzisz, ile robię?
Paweł spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz słyszał te słowa. Dzieci zamilkły przy stole, wpatrując się w nas szeroko otwartymi oczami.
– Nie chodzi mi o to, żebyś była jak Kasia – zaczął niepewnie. – Po prostu… czasem chciałbym poczuć się wyjątkowo. Jak kiedyś.
Zamilkłam. W mojej głowie pojawiły się obrazy sprzed lat: pierwsze randki, wspólne gotowanie makaronu o północy, śmiech i beztroska. Wszystko to wydawało się teraz tak odległe.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam cichy szloch naszej córki w pokoju obok – pewnie przestraszyła się kłótni. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo: mama zawsze zmęczona, tata wiecznie niezadowolony. Przysięgałam sobie wtedy, że moja rodzina będzie inna.
Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, Magda, zauważyła moje rozkojarzenie.
– Coś się stało? – zapytała delikatnie.
Opowiedziałam jej wszystko. O porównaniach do Kasi, o wiecznym poczuciu winy i o tym, jak bardzo chciałabym być doceniona za to, co robię.
Magda uśmiechnęła się smutno. – U mnie to samo. Mój mąż ciągle mówi o swojej mamie: „A u mojej mamy to zawsze był kompot do obiadu”. Czasem mam wrażenie, że nigdy nie będziemy wystarczająco dobre.
Wróciłam do domu z ciężkim sercem. Dzieci bawiły się w salonie, Paweł siedział przy komputerze. Przez chwilę patrzyłam na niego z ukrycia – zmęczony, przygarbiony, z siwymi pasmami we włosach. Może on też czuł się niewystarczający?
Wieczorem usiadłam obok niego na kanapie.
– Paweł… Przepraszam za wczoraj. Wiem, że też masz ciężko. Ale musisz zrozumieć, że nie jestem Kasią i nigdy nie będę. Chcę być sobą – twoją żoną, mamą naszych dzieci. Czy to nie wystarczy?
Spojrzał na mnie długo, milcząco. W jego oczach zobaczyłam coś nowego – może cień zrozumienia?
– Przepraszam – powiedział cicho. – Chyba za bardzo tęsknię za tym, co było kiedyś. Ale masz rację… Za rzadko ci dziękuję.
Przytulił mnie mocno. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.
Następnego dnia zrobiłam na obiad zwykłą pomidorową. Dzieci jadły ze smakiem, Paweł uśmiechnął się do mnie przez stół.
– Dziękuję – powiedział po prostu.
Może nie muszę być Kasią? Może wystarczy być sobą i kochać najlepiej jak potrafię? Czy naprawdę musimy mierzyć miłość ilością przypraw w zupie?