„Czy ktoś mnie jeszcze widzi?” – Opowieść o kobiecie, która zniknęła w swojej własnej rodzinie
– Mamo, gdzie są te pierogi z kapustą? – krzyknęła Zosia z kuchni, nawet nie patrząc w moją stronę. Siedziałam przy stole, dłonie miałam splecione na kolanach, a serce waliło mi jak oszalałe. Wokół mnie krzątała się rodzina: dzieci, wnuki, mąż. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, przekrzykiwali. A ja… czułam się jak duch.
Od zawsze byłam tą, która wszystko trzymała w ryzach. To ja pamiętałam o prezentach na Mikołaja, to ja szykowałam święta, dbałam o porządek i ciepło w domu. Mój mąż, Andrzej, był głową rodziny – tak przynajmniej mówił. Ale to ja byłam jej sercem. Tym, które biło cicho i miarowo, które rzadko ktoś naprawdę zauważał.
– Mamo! – Zosia znowu podniosła głos. – Słyszysz mnie?
– Są w lodówce, na dolnej półce – odpowiedziałam cicho. Ale ona już mnie nie słyszała. Wzięła pierogi i wróciła do rozmowy z bratem.
Spojrzałam na Andrzeja. Siedział na końcu stołu, rozparty jak król. Rozmawiał z naszym synem, Pawłem, o polityce i samochodach. Nawet nie spojrzał w moją stronę. Przez chwilę miałam ochotę wstać i wykrzyczeć: „Hej! Jestem tu! Czy ktoś mnie jeszcze widzi?”
Ale nie zrobiłam tego. Nigdy nie robiłam.
Pamiętam, jak dwadzieścia pięć lat temu przeprowadziliśmy się do tego domu. Był stary, zimny i wymagał remontu. Andrzej pracował całymi dniami, a ja… ja zostałam z dwójką małych dzieci i stertą obowiązków. Nie narzekałam. Wtedy wydawało mi się to naturalne – przecież tak wygląda życie każdej kobiety.
Zosia była chorowita, Paweł miał trudności w szkole. To ja siedziałam po nocach nad jego zadaniami z matematyki, to ja jeździłam z Zosią do lekarzy. Andrzej wracał zmęczony i chciał mieć spokój. „Daj mi godzinę ciszy” – powtarzał. Dawałam mu ciszę. Dawałam wszystkim wszystko.
Z czasem dzieci dorosły. Zosia wyjechała na studia do Krakowa, Paweł znalazł pracę w Warszawie. Zostaliśmy z Andrzejem sami. Myślałam wtedy: „Teraz będzie czas dla nas”. Ale on miał swoje sprawy – działka, koledzy, telewizja. Ja miałam dom.
W święta zawsze wracali. Przywozili swoje rodziny, dzieci, prezenty. I oczekiwania – że wszystko będzie jak dawniej: barszcz taki jak u mamy, pierogi takie jak u mamy, choinka ubrana jak u mamy…
A ja? Ja byłam coraz bardziej zmęczona. Coraz częściej łapałam się na tym, że nie pamiętam już, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie: „A co u ciebie?”
W zeszłym roku zachorowałam. Nic poważnego – zwykłe przeziębienie, ale leżałam przez tydzień w łóżku. Nikt nie zauważył bałaganu w kuchni ani pustej lodówki. Dopiero gdy zabrakło czystych koszul i obiadu na stole, Andrzej zapytał: „Co się dzieje?”
– Jestem chora – odpowiedziałam wtedy słabo.
– To trzeba było powiedzieć – burknął i poszedł do sklepu.
Nie powiedziałam mu wtedy wszystkiego. Nie powiedziałam, że jestem zmęczona nie tylko chorobą, ale całym tym życiem w cieniu innych.
Dziś siedzę przy tym samym stole wigilijnym i patrzę na moją rodzinę. Widzę Zosię, która krząta się po kuchni dokładnie tak samo jak ja kiedyś – tylko ona robi to z pretensją i pośpiechem. Widzę Pawła, który nawet nie zdjął kurtki przed wejściem do domu – bo zaraz musi jechać dalej do teściów.
– Mamo, a gdzie są serwetki? – pyta wnuczka Lena.
– W szufladzie pod blatem – odpowiadam automatycznie.
Nikt nie patrzy mi w oczy.
Przypominam sobie Wigilię sprzed lat. Byliśmy wtedy młodzi i biedni, ale szczęśliwi. Andrzej przyniósł choinkę z lasu, dzieci biegały po domu w piżamach… A ja czułam się potrzebna.
Teraz czuję się przezroczysta.
Nagle słyszę głos Zosi:
– Mamo, możesz mi pomóc z barszczem?
Wstaję powoli i idę do kuchni. Zosia stoi przy garnku i miesza barszcz nerwowo.
– Coś jest nie tak… Smakuje inaczej niż zawsze – mówi z wyrzutem.
Patrzę na nią i widzę siebie sprzed lat – zmęczoną, zestresowaną kobietę próbującą sprostać oczekiwaniom wszystkich wokół.
– Może trzeba dodać trochę czosnku? – podpowiadam cicho.
Zosia wzdycha i dodaje czosnek. Nawet nie dziękuje.
Wracam do stołu i siadam obok Andrzeja. Przez chwilę mam ochotę złapać go za rękę i powiedzieć: „Zobacz mnie”. Ale on patrzy w telefon.
W końcu zaczynamy kolację. Dzielimy się opłatkiem. Każdy mówi coś od siebie – zdrowia, szczęścia, pieniędzy… Kiedy przychodzi moja kolej, milknę na chwilę.
– Życzę wam… żebyście zawsze byli razem – mówię drżącym głosem.
Nikt nie zauważa łez w moich oczach.
Po kolacji wszyscy rozchodzą się do swoich spraw. W kuchni zostaje sterta naczyń. Idę je pozmywać – bo przecież ktoś musi to zrobić.
Stojąc nad zlewem, myślę: czy naprawdę można tak bardzo oddać siebie innym, że w końcu nie zostaje już nic? Czy ktoś mnie jeszcze widzi?
Może powinnam była kiedyś powiedzieć „dość”? Może jeszcze nie jest za późno?
A wy? Czy kiedykolwiek poczuliście się niewidzialni we własnym domu?