„Zdecydowaliśmy się na skromny ślub, ale teściowa miała inne plany. Czyje marzenia są ważniejsze?”
– Nie rozumiem, dlaczego nie możemy zrobić tego po mojemu! – głos pani Barbary odbijał się echem od ścian starego mieszkania po babci Jakuba. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Jakub patrzył na mnie bezradnie, jakby szukał ratunku, którego sama potrzebowałam.
– Mamo, przecież rozmawialiśmy o tym… – zaczął cicho Jakub, ale jego matka tylko machnęła ręką.
– Rozmawialiście? A mnie ktoś pytał? To mój syn! I nie zamierzam patrzeć, jak bierzecie ślub w urzędzie, bez rodziny, bez tradycji! – jej głos drżał od emocji.
Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Od kiedy Jakub oświadczył mi się w parku, pod starą lipą, marzyłam o prostym ślubie. Chciałam tylko jego, kilku najbliższych osób i wspólnego życia w mieszkaniu po babci. Nie potrzebowałam białej sukni ani wesela na sto osób. Ale pani Barbara miała inne plany.
– Aniu, ty nie rozumiesz… Moje córki muszą być na ślubie brata. To rodzina! – spojrzała na mnie z wyrzutem. – A wy chcecie zrobić wszystko po cichu, jakbyście się czegoś wstydzili.
Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że jej córki – Ola i Marta – to zupełnie inny świat. Zawsze eleganckie, głośne, pewne siebie. Ja byłam dla nich „tą z prowincji”, dziewczyną bez nazwiska i pieniędzy. Od początku czułam się przy nich obco.
– Pani Barbaro… – zaczęłam niepewnie. – My naprawdę nie mamy pieniędzy na duże wesele. Chcemy wyremontować mieszkanie, żeby mieć gdzie żyć…
– Mieszkanie! – przerwała mi ostro. – To mieszkanie jest po mojej matce! Ja też mam do niego prawo!
Jakub złapał mnie za rękę. Poczułam, jak drży.
– Mamo, babcia zapisała je na mnie. Chcemy tu zamieszkać i…
– I co? – weszła mu w słowo. – Ola i Marta też powinny mieć coś z tego! Nie możesz tak po prostu wszystkiego oddać tej… dziewczynie!
Zrobiło mi się gorąco. „Tej dziewczynie”. Po tylu latach bycia z Jakubem nadal byłam dla niej obca.
Wieczorem siedzieliśmy z Jakubem na podłodze w pustym salonie. Ściany były obdrapane, a przez okno wpadało zimne światło latarni.
– Przepraszam cię za nią – powiedział cicho Jakub. – Nie wiem, co robić.
– Ja też nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Kocham cię, ale nie chcę zaczynać życia od kłótni z twoją rodziną.
Przez kolejne dni atmosfera gęstniała. Pani Barbara dzwoniła codziennie, czasem kilka razy dziennie. Raz przyszła z Olą i Martą obejrzeć mieszkanie.
– Tu będzie pokój dla dzieci Oli – powiedziała nagle Ola, wskazując na najmniejszy pokój.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
– Przecież to nasze mieszkanie…
– Nasze? – prychnęła Marta. – To mieszkanie rodzinne. Mama mówiła, że powinniśmy się podzielić.
Jakub milczał. Widziałam, jak bardzo jest rozdarty między mną a rodziną.
W końcu przyszedł dzień rozmowy, której bałam się najbardziej.
– Aniu – zaczęła pani Barbara poważnym tonem. – Albo robicie wesele z całą rodziną i zapraszacie Olę i Martę z dziećmi, albo…
Zawiesiła głos.
– Albo co? – zapytałam cicho.
– Albo nie liczcie na moją pomoc przy remoncie. I nie liczcie na wsparcie rodziny.
Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Wiedziałam, że bez jej pomocy nie damy rady wyremontować mieszkania przed zimą.
Wieczorem płakałam w ramionach Jakuba.
– Może powinniśmy ustąpić… – szepnął bezradnie.
– A co z naszymi marzeniami? – zapytałam przez łzy. – Czy zawsze będziemy musieli robić wszystko pod dyktando twojej mamy?
Następnego dnia zadzwoniła moja mama.
– Aniu, kochanie… Może to nie jest warte tych nerwów? Ślub to tylko jeden dzień. Ważne jest to, co będzie potem.
Ale ja wiedziałam, że chodzi o coś więcej niż ślub czy mieszkanie. Chodziło o to, czy będziemy potrafili postawić granice. Czy będziemy mieli odwagę żyć po swojemu.
W końcu podjęliśmy decyzję. Zaprosiliśmy Olę i Martę na skromną uroczystość w urzędzie stanu cywilnego. Bez wesela, bez hucznej imprezy. Pani Barbara nie przyszła.
Po wszystkim wróciliśmy do pustego mieszkania. Usiedliśmy na podłodze z kubkami herbaty i patrzyliśmy na siebie w ciszy.
– Zrobiliśmy to po swojemu – powiedział Jakub cicho.
– Ale czy to wystarczy? – zapytałam sama siebie w myślach. – Czy można być szczęśliwym, kiedy najbliżsi odwracają się plecami?
Czasem zastanawiam się: czy warto było walczyć o własne marzenia kosztem rodziny? Czy można budować szczęście na gruzach dawnych relacji? Co wy byście zrobili na moim miejscu?