Wspólne mieszkanie z kuzynką – czy rodzina to zawsze dobry pomysł na współlokatora? Moja historia pełna łez, kłótni i rozczarowań
– Anka, ile razy mam ci mówić, żebyś nie zostawiała tych kubków w zlewie?! – wykrzyknęłam, czując jak złość ściska mi gardło. Stałam w kuchni, patrząc na kolejną górę brudnych naczyń. Był wtorek, godzina dziewiętnasta, a ja po całym dniu pracy marzyłam tylko o chwili spokoju. Zamiast tego znów musiałam sprzątać po kimś innym.
Anka weszła do kuchni z telefonem przy uchu, nawet nie spojrzała mi w oczy. – Zaraz, zaraz, już kończę – rzuciła do słuchawki, po czym odłożyła ją na blat. – Przesadzasz, naprawdę. To tylko kilka kubków. Nie rozumiem, czemu robisz z tego aferę.
Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Przecież to nie chodziło tylko o kubki. Od kiedy Anka zamieszkała ze mną na tym małym, dwupokojowym mieszkaniu na Pradze, wszystko zaczęło się sypać. Miało być łatwiej – dzielimy czynsz, rachunki, może nawet będziemy się wspierać w trudnych chwilach. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Pamiętam ten dzień, kiedy zadzwoniła do mnie zapłakana: – Magda, błagam cię, nie mam gdzie się podziać. Mama wyrzuciła mnie z domu po tej awanturze z ojczymem. Nie mogę wrócić do Radomia. Pomóż mi.
Nie zastanawiałam się długo. Byłyśmy rodziną. Kuzynki od zawsze trzymające się razem na wszystkich rodzinnych imprezach. Wydawało mi się oczywiste, że powinnam jej pomóc. W końcu sama ledwo wiązałam koniec z końcem po rozstaniu z Pawłem i każda złotówka się liczyła.
Pierwsze tygodnie były nawet przyjemne. Wieczory z winem i serialami, wspólne gotowanie makaronu z pesto, plotki o ciotkach i wspomnienia z dzieciństwa. Ale potem zaczęły się drobiazgi: jej ubrania walające się po całym mieszkaniu, wieczne pożyczanie moich kosmetyków bez pytania, zapraszanie znajomych bez uprzedzenia.
Najgorsze przyszło po miesiącu. Zbliżał się termin płatności za czynsz. – Anka, masz już swoją część? – zapytałam nieśmiało.
– Wiesz co… jeszcze nie przelali mi wypłaty. Ale spokojnie, oddam ci za tydzień – odpowiedziała z uśmiechem.
Tydzień zamienił się w dwa, potem w miesiąc. W końcu sama musiałam zapłacić całość z oszczędności na czarną godzinę. Kiedy próbowałam z nią o tym rozmawiać, wybuchała płaczem albo wychodziła trzaskając drzwiami.
Zaczęłam czuć się jak intruz we własnym domu. Moje miejsce przestało być moją przystanią. Każdy powrót do mieszkania wiązał się z napięciem: czy dziś znów zastanę bałagan? Czy Anka będzie miała dobry humor czy może znów mnie obwini o wszystko?
Pewnego wieczoru wróciłam zmęczona po pracy i zobaczyłam ją siedzącą na kanapie z dwoma kolegami. Puszki po piwie walały się po stole, a z głośników dudniła muzyka.
– Magda! Chodź do nas! – krzyknęła Anka.
– Anka, mówiłam ci już… Nie chcę imprez w tygodniu. Mam jutro ważną prezentację.
– Przesadzasz! Trochę luzu by ci nie zaszkodziło! – odpowiedziała głośno jeden z jej znajomych.
Poczułam łzy napływające do oczu. Zamknęłam się w łazience i przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do mamy i poprosić ją, żeby mnie zabrała stąd jak najdalej.
Następnego dnia rano Anka próbowała udawać, że nic się nie stało. – Chcesz kawy? – zapytała.
– Nie chcę kawy. Chcę spokoju – odpowiedziałam cicho.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłam w jej oczach cień wyrzutów sumienia. Ale to trwało tylko chwilę.
Z czasem nasze rozmowy ograniczyły się do minimum. Każda prośba o pomoc kończyła się kłótnią lub obrażaniem się na kilka dni. Czułam się coraz bardziej samotna i sfrustrowana.
Pewnego dnia zadzwoniła ciocia Ela, mama Anki.
– Magda, co tam u was? Anka mówiła, że wszystko super…
Zatkało mnie. Jak mogłam powiedzieć jej prawdę? Że jej córka nie płaci czynszu i traktuje mnie jak służącą?
– Tak… wszystko w porządku – skłamałam przez zaciśnięte zęby.
Po tej rozmowie długo płakałam. Zrozumiałam wtedy, że nie potrafię postawić granic nawet najbliższym osobom. Zawsze byłam tą „miłą”, która wszystkim pomaga i nigdy nie odmawia.
W końcu nadszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam.
– Anka, musisz się wyprowadzić – powiedziałam stanowczo.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Serio? Po tym wszystkim?
– Tak. Po tym wszystkim właśnie.
Przez chwilę milczała, potem spakowała rzeczy i wyszła trzaskając drzwiami.
Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Przez kilka dni czułam ulgę zmieszaną z żalem i poczuciem winy. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę warto było poświęcić własny spokój dla kilku złotych oszczędności?
Czasem patrzę na puste łóżko w drugim pokoju i zastanawiam się: czy rodzina to zawsze najlepszy wybór na współlokatora? A może czasem trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu?