Kiedy Mój Świat Runął: Niespodziewana Droga Marty Kowalskiej

– Naprawdę to mówisz? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Paweł stał naprzeciwko mnie w naszej kuchni, wciąż w garniturze po pracy, z oczami spuszczonymi w podłogę. W powietrzu unosił się zapach pieczonego chleba, który miałam nadzieję zjeść z nim na kolację. Zamiast tego usłyszałam: – Przepraszam, Marto. Zakochałem się w kimś innym. Odchodzę.

Nie płakałam. Nie krzyczałam. W środku czułam pustkę, jakby ktoś wyciągnął mi serce i zostawił tylko echo wspomnień. Wzięłam walizkę, wrzuciłam do niej kilka ubrań, kosmetyki, zdjęcie mamy i wyszłam z mieszkania, które przez dziesięć lat było moim domem. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę, panią Jadwigę. – Co się stało, Marto? – zapytała z troską. – Nic ważnego – odpowiedziałam, choć czułam, że właśnie straciłam wszystko.

Zamieszkałam u siostry, Ani. Jej dwupokojowe mieszkanie na Pradze było pełne dziecięcych zabawek i zapachu kawy. Ania próbowała mnie pocieszać: – On nie był ciebie wart. Zasługujesz na kogoś lepszego. Ale ja nie chciałam słuchać. Każda rozmowa o Pawle bolała jak otwarta rana.

Przez pierwsze tygodnie żyłam jak automat. Wstawałam rano, szłam do pracy do urzędu miasta, wracałam do Ani i zamykałam się w pokoju. Wieczorami patrzyłam w sufit i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy byłam zbyt nudna? Zbyt przewidywalna? Może powinnam była częściej mówić mu, że go kocham?

Pewnego dnia zadzwoniła mama. – Marto, musisz się pozbierać. Życie toczy się dalej. Ale ja nie chciałam żyć dalej. Chciałam tylko cofnąć czas.

W pracy zaczęli zauważać moją zmianę. Szefowa zaprosiła mnie na rozmowę: – Marto, jesteś rozkojarzona. Jeśli potrzebujesz wolnego, powiedz. Ale wolne niczego nie zmieniło. Siedziałam w domu Ani i patrzyłam przez okno na szare bloki.

Któregoś wieczoru Ania wróciła późno z pracy i znalazła mnie siedzącą na podłodze w łazience. – Musisz coś ze sobą zrobić – powiedziała stanowczo. – Idź do psychologa albo wyjedź gdzieś. Nie możesz tak tkwić w miejscu.

Postanowiłam wyjechać do Zakopanego. Wynajęłam pokój u starszej pani Zofii, która codziennie rano częstowała mnie herbatą z malinami i pytała o moje plany na dzień. Chodziłam po górach, próbując odnaleźć spokój wśród szczytów i lasów. Ale im dłużej byłam sama ze sobą, tym bardziej czułam ciężar samotności.

Pewnego dnia spotkałam na szlaku mężczyznę w moim wieku. Miał na imię Michał i był przewodnikiem górskim. Rozmawialiśmy o wszystkim: o książkach, muzyce, dzieciństwie w PRL-u. Przez chwilę poczułam się znów żywa.

Ale kiedy Michał zaproponował wspólną kolację, uciekłam. Bałam się bliskości, bałam się znów zaufać komuś na tyle, by pozwolić mu wejść do mojego świata.

Po powrocie do Warszawy próbowałam wrócić do normalności. Ale nic już nie było takie samo. Paweł dzwonił kilka razy – chciał oddać mi część rzeczy z mieszkania. Spotkaliśmy się w kawiarni na Mokotowie. Wyglądał na zmęczonego i starszego niż pamiętałam.

– Przepraszam cię za wszystko – powiedział cicho.
– Nie musisz przepraszać – odpowiedziałam chłodno. – Po prostu żyj swoim życiem.

Wróciłam do domu Ani i po raz pierwszy od miesięcy rozpłakałam się naprawdę. Płakałam za utraconymi marzeniami, za dzieckiem, którego nigdy nie mieliśmy, za sobą sprzed tej katastrofy.

Mama przyjechała do mnie następnego dnia z ciastem drożdżowym i ciepłym kocem. Usiadłyśmy razem na kanapie.
– Marto, życie nie kończy się na jednym człowieku.
– Ale jak mam zacząć od nowa? – spytałam bezradnie.
– Po kawałku – odpowiedziała mama. – Każdego dnia trochę bardziej.

Zaczęłam chodzić na terapię. Psycholożka, pani Iwona, słuchała mnie cierpliwie przez długie godziny milczenia i łez.
– Czego się boisz najbardziej? – zapytała kiedyś.
– Że już nigdy nie będę szczęśliwa – wyszeptałam.

Minęły miesiące. Powoli zaczęłam odzyskiwać siebie – kawałek po kawałku. Zaczęłam malować obrazy, chodzić na spacery po Łazienkach Królewskich, spotykać się z przyjaciółkami na kawę.

Ale czasem nocą budzę się z uczuciem pustki i pytaniem: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy gdybym była inną Martą, Paweł zostałby ze mną?

Może nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania. Może życie to ciągłe godzenie się ze stratą i szukanie nowego sensu tam, gdzie kiedyś był tylko ból.

Czy można naprawdę zacząć od nowa? Czy jesteśmy skazani na noszenie swoich ran przez całe życie? Czasem myślę, że najtrudniejsze jest zaakceptować siebie taką, jaką jestem teraz – z bliznami i nadzieją na lepsze jutro.