Znalazłam swoje życie, a córka nazwała mnie szaloną i zabroniła widywać się z wnuczką

– Mamo, czy ty naprawdę oszalałaś? – głos Kasi drżał od gniewu i niedowierzania. Stałyśmy naprzeciwko siebie w mojej kuchni, a ja czułam, jak serce wali mi w piersi. Wnuczka, mała Zosia, bawiła się w salonie, nieświadoma burzy, która właśnie przetaczała się przez naszą rodzinę.

Nie tak wyobrażałam sobie ten dzień. Chciałam podzielić się z córką czymś ważnym, czymś, co wreszcie sprawiło, że poczułam się żywa. Ale zamiast wsparcia dostałam tylko chłód i oskarżenia.

– Kasia, proszę cię… Ja tylko… – zaczęłam nieśmiało, ale ona już nie słuchała.

– Po tylu latach! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam! – krzyknęła. – Ty myślisz tylko o sobie! Jak możesz narażać Zosię na taki wstyd?

Zamilkłam. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: pierwsze lata po ślubie z Andrzejem, kiedy byłam młoda i pełna marzeń. Miałam dwadzieścia jeden lat, kiedy wyszłam za mąż. Andrzej był starszy ode mnie o siedem lat, poważny, odpowiedzialny. Szybko pojawiła się Kasia, a potem wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie: praca, dom, obowiązki. Marzenia schowałam głęboko do szuflady.

Kiedy Andrzej zachorował, opiekowałam się nim przez trzy długie lata. Był coraz słabszy, a ja coraz bardziej samotna. Po jego śmierci zostałam sama z Kasią, która wtedy miała piętnaście lat. Musiałam być silna dla niej. Pracowałam na dwa etaty, żeby niczego jej nie brakowało. Nie miałam czasu na własne życie.

Kasia dorosła, wyszła za mąż za Pawła i urodziła Zosię. Byłam przy niej na każdym kroku: pomagałam przy dziecku, gotowałam obiady, odbierałam Zosię z przedszkola. Kiedy Paweł wyjechał do pracy za granicę i Kasia została sama z małą, znów byłam jej podporą. Czułam się potrzebna – to dawało mi sens.

Ale czas płynął. Zosia rosła, Kasia coraz rzadziej potrzebowała mojej pomocy. Zaczęłam czuć pustkę. Pewnego dnia koleżanka namówiła mnie na zajęcia taneczne dla seniorów w domu kultury. Poszłam z ciekawości – i wtedy poznałam Marka.

Marek był wdowcem, miał pogodny uśmiech i ciepłe oczy. Rozmawialiśmy godzinami o wszystkim: o książkach, podróżach, muzyce. Po raz pierwszy od lat poczułam się widziana jako kobieta, nie tylko jako matka czy babcia. Spotykaliśmy się coraz częściej – na kawie, spacerach po parku, wieczorach filmowych.

Bałam się powiedzieć o tym Kasi. Wiedziałam, że może nie zrozumieć. Ale Marek poprosił mnie na randkę do teatru i wtedy postanowiłam się odważyć.

– Kasiu… – zaczęłam tamtego wieczoru – Chciałabym ci kogoś przedstawić. To Marek. Jest mi bardzo bliski.

Kasia spojrzała na mnie jak na obcą osobę.

– Mamo, ty masz sześćdziesiąt dwa lata! Co ty wyprawiasz? Chcesz być pośmiewiskiem całej rodziny? – jej słowa bolały bardziej niż cokolwiek wcześniej.

Próbowałam tłumaczyć: że jestem samotna, że zasługuję na odrobinę szczęścia. Że przez całe życie byłam tylko dla innych – dla niej, dla Zosi…

– To twoje życie skończyło się razem z tatą! – rzuciła w końcu Kasia i wybiegła z mieszkania.

Przez kilka dni nie odbierała ode mnie telefonów. Zosia pytała przez telefon: „Babciu, kiedy przyjdziesz?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

W końcu Kasia zadzwoniła:

– Dopóki nie zerwiesz kontaktu z tym człowiekiem, nie zobaczysz Zosi – powiedziała zimno.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Przez całe życie byłam dla nich – a teraz zostałam sama.

Marek próbował mnie pocieszać:

– Elu, masz prawo do własnego życia. Twoja córka kiedyś to zrozumie.

Ale czy naprawdę? Czy matka ma prawo być szczęśliwa kosztem kontaktu z wnuczką? Czy egoizm to chcieć czegoś dla siebie po tylu latach poświęceń?

Mijały tygodnie. Spotykałam się z Markiem ukradkiem – czułam się jak nastolatka na pierwszej randce i jak przestępca jednocześnie. Każda wiadomość od Kasi była jak cios: „Nie przychodź”, „Nie chcę cię widzieć”.

W święta Bożego Narodzenia siedziałam sama przy stole. Marek zaprosił mnie do siebie – jego dzieci przyjęły mnie serdecznie, ale to nie było to samo. Brakowało mi Zosi i Kasi bardziej niż czegokolwiek na świecie.

Pewnego dnia zobaczyłam Kasię na rynku. Szła z Zosią za rękę. Chciałam podejść, ale Kasia odwróciła wzrok i przyspieszyła kroku.

Wieczorem długo płakałam w ramionach Marka.

– Może powinnam zrezygnować… Może rzeczywiście jestem samolubna…

Marek spojrzał mi w oczy:

– Elu, twoje życie należy do ciebie. Jeśli teraz się poddasz, już nigdy nie będziesz szczęśliwa.

Zaczęłam pisać listy do Kasi – tłumaczyłam wszystko jeszcze raz: jak bardzo ją kocham, jak bardzo tęsknię za Zosią… Ale też pisałam o tym, że jestem człowiekiem i mam prawo do własnych uczuć.

Minęły miesiące zanim dostałam odpowiedź:

– Mamo… Może kiedyś ci wybaczę. Ale teraz nie potrafię patrzeć na ciebie inaczej niż przez pryzmat tego bólu.

Zrozumiałam wtedy jedno: czasem trzeba wybrać siebie nawet wtedy, gdy boli to najbardziej na świecie.

Często patrzę w okno i zastanawiam się: czy naprawdę matka musi rezygnować ze swojego szczęścia dla dzieci? Czy mamy prawo być szczęśliwe po sześćdziesiątce? A może to właśnie wtedy najbardziej zasługujemy na odrobinę własnego życia?