Zdrada przy kuchennym stole: Jak jedno popołudnie zmieniło moje małżeństwo
— Naprawdę to zrobiłeś? — mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Stałam w kuchni, patrząc na puste półki lodówki, gdzie jeszcze rano stały pojemniki z zupą, pieczeń, bigos i ciasto drożdżowe. Wszystko, co przez dwa dni gotowałam po pracy, żebyśmy mieli spokój na cały tydzień.
Mój mąż, Paweł, stał przy drzwiach z kluczami w dłoni. Unikał mojego wzroku. — Mama była głodna. Wiesz, że nie ma siły gotować — rzucił cicho, jakby to miało wszystko wyjaśnić.
— Ale Paweł… To było dla nas! Dla dzieci! — poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. — Nawet mnie nie zapytałeś. Po prostu zabrałeś wszystko i zawiozłeś jej?
Przez chwilę w kuchni panowała cisza, którą przerywało tylko tykanie zegara. W głowie miałam mętlik. Przypomniałam sobie, jak wczoraj wieczorem kroiłam warzywa na zupę, jak dzieci pomagały mi lepić pierogi. Byliśmy zmęczeni po całym tygodniu pracy i szkoły, ale cieszyliśmy się na wspólne posiłki. To miało być nasze.
Paweł westchnął ciężko. — Przesadzasz. Przecież możesz ugotować jeszcze raz. Mama jest sama, nie radzi sobie… — mówił coraz ciszej.
— A ja? Ja też jestem sama z tym wszystkim! — wybuchłam. — Ty nawet nie wiesz, ile to kosztuje czasu i siły. Myślisz tylko o niej! O nas już nie pamiętasz?
Wtedy po raz pierwszy od dawna zobaczyłam w jego oczach cień niepewności. Ale zaraz potem zamknął się w sobie jak zawsze.
— Przesadzasz — powtórzył i wyszedł z kuchni.
Zostałam sama. Usiadłam przy stole i poczułam się tak niewidzialna, jakby mnie tu w ogóle nie było. Przez lata przyzwyczaiłam się do tego, że Paweł zawsze stawia swoją matkę na pierwszym miejscu. Gdy byliśmy młodzi, wydawało mi się to nawet urocze — taki troskliwy syn. Ale z czasem zaczęło mnie to uwierać.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy poczułam ukłucie zazdrości: nasza rocznica ślubu, a on zamiast zabrać mnie na kolację, pojechał naprawiać kran u mamy. Potem były kolejne sytuacje: święta spędzane u teściowej, bo „ona nie może być sama”, prezenty kupowane jej kosztem naszych oszczędności, wieczne porównania do „jak mama robiła”.
Ale nigdy wcześniej nie zabrał czegoś mojego tak dosłownie. To jedzenie było symbolem mojego wysiłku, troski o rodzinę. Oddał je bez słowa, jakby to było nic niewarte.
Dzieci wróciły ze szkoły głodne i zdziwione: — Mamo, gdzie nasze pierogi? — zapytała Zosia.
— Tata zawiózł je babci — odpowiedziałam cicho.
— Ale przecież to my je lepiliśmy… — mruknął Kuba i spuścił głowę.
Wtedy poczułam coś więcej niż smutek — poczułam gniew. Nie tylko za siebie, ale za nas wszystkich. Za to, że ciągle musimy ustępować miejsca komuś innemu.
Wieczorem Paweł wrócił późno. Siedziałam już w salonie z dziećmi, oglądaliśmy bajkę bez kolacji. Próbował udawać, że nic się nie stało.
— Marta, nie rób sceny — powiedział zniecierpliwiony.
— To nie jest scena. To jest moje życie! — odpowiedziałam ostro. — Nie możesz tak po prostu decydować za wszystkich! Czy ty w ogóle widzisz nas?
Przez chwilę patrzył na mnie zaskoczony. Może pierwszy raz zobaczył we mnie kogoś więcej niż tylko żonę od gotowania i sprzątania.
— Przepraszam… — powiedział w końcu cicho. Ale nie wiedziałam już, czy to naprawdę coś zmienia.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: czy naprawdę jestem tylko dodatkiem do jego życia? Czy moje potrzeby się nie liczą? Czy zawsze będę musiała walczyć o miejsce przy własnym stole?
Następnego dnia zadzwoniła teściowa:
— Marto, dziękuję za jedzenie. Paweł mówił, że to ty wszystko przygotowałaś… — usłyszałam w jej głosie nutę skruchy.
— Cieszę się, że smakowało — odpowiedziałam chłodno.
— Wiesz… ja nie chciałam zabierać wam obiadu. Myślałam, że macie więcej… — dodała cicho.
Po tej rozmowie poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Zrozumiałam, że problem nie leży tylko w niej czy w Pawle. Leży we mnie — w mojej zgodzie na bycie niewidzialną.
Wieczorem usiadłam z Pawłem przy stole.
— Musimy ustalić granice — powiedziałam stanowczo. — Nie chcę już być tą, która zawsze ustępuje. Chcę być widziana i szanowana. Jeśli tego nie rozumiesz… nie wiem, czy dam radę dalej tak żyć.
Patrzył na mnie długo w milczeniu. Widziałam w jego oczach strach i żal.
— Postaram się to zmienić — powiedział w końcu.
Nie wiem jeszcze, czy mu wierzę. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie odebrać własnego głosu.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet żyje tak jak ja? Ile z nas pozwala innym decydować o swoim życiu? Może czas zacząć mówić głośno o tym, co boli – zanim będzie za późno.