Zabrałam upominki i odeszłam na zawsze – historia o dorastaniu w cieniu obowiązku

– Znowu nie zdążyłaś z obiadem, Anka! – głos mamy przebił się przez hałas bawiących się dzieci. Stałam przy kuchence, mieszając zupę, a w głowie dudniło mi od zmęczenia. Byłam najstarsza z piątki rodzeństwa, a rodzice nigdy nie pytali, czy chcę być ich prawą ręką. Po prostu „trzeba!” – i koniec rozmowy.

Miałam wtedy szesnaście lat i czułam się jakby całe moje życie było jednym wielkim obowiązkiem. Gotowałam dla młodszych, leczyłam ich przeziębienia, odprowadzałam do przedszkola i szkoły. Gdy wracałam do domu, czekały na mnie kolejne zadania: pranie, sprzątanie, pilnowanie, żeby nikt nie rozbił sobie głowy na podwórku. Przyjaciół prawie nie miałam – nie było kiedy się spotykać. Nawet jeśli ktoś zaprosił mnie na ognisko czy rower, mama patrzyła na mnie z wyrzutem: „A kto zajmie się dziećmi?”

Pamiętam jedną z tych nocy, kiedy wszyscy już spali. Siedziałam na łóżku, patrząc przez okno na ciemne pola i czułam, jak łzy spływają mi po policzkach. Chciałam krzyczeć, uciec gdzieś daleko, ale wiedziałam, że rano znów będę musiała wstać pierwsza i zrobić śniadanie dla wszystkich.

Ojciec był surowy. Rzadko się odzywał, ale kiedy już mówił, to tylko po to, żeby wydać polecenie albo zganić za coś niedopilnowanego. Nigdy nie usłyszałam od niego „dziękuję” czy „dobrze sobie radzisz”. Czasem miałam wrażenie, że jestem dla nich tylko kolejną parą rąk do pracy.

W szkole nauczyciele chwalili mnie za dobre oceny, ale nikt nie wiedział, jak bardzo muszę się starać, żeby znaleźć czas na naukę. Często zasypiałam nad zeszytem, a rano budziłam się z bólem głowy i poczuciem winy, że nie zrobiłam wszystkiego tak dobrze, jak powinnam.

Najgorsze były święta. Wszyscy mówili o rodzinnej atmosferze, a ja czułam tylko ciężar odpowiedzialności. To ja piekłam ciasta z mamą, to ja ubierałam choinkę z młodszymi i pilnowałam, żeby nikt nie poplamił obrusu barszczem. Rodzice przyjmowali gości z dumą – „Nasza Anka wszystko ogarnia!” – a ja miałam ochotę uciec do swojego pokoju i zasnąć na tydzień.

Pewnego dnia przyszła do mnie listonoszka z paczką od cioci z Warszawy. W środku były drobne upominki dla każdego z nas: kolorowe skarpetki, czekolada, książeczka dla najmłodszej Zosi. Dla mnie była kartka z napisem: „Anka, pamiętaj o sobie.”

Te słowa utkwiły mi w głowie na długo. Czy ktoś kiedyś naprawdę pomyślał o mnie? Czy ja sama potrafię jeszcze o sobie pamiętać?

Wieczorem usiadłam przy stole z rodzicami. – Mamo, tato… Chciałabym pojechać do Łodzi na kurs florystyki. Może mogłabym tam zamieszkać u cioci?

Mama spojrzała na mnie tak, jakby usłyszała największą herezję świata. – A kto zajmie się domem? Dziećmi? Myślisz tylko o sobie!

Ojciec nawet nie podniósł wzroku znad gazety. – Nie ma mowy. Tu jest twoje miejsce.

Wtedy coś we mnie pękło. Przez kilka dni chodziłam jak cień, zbierając siły na decyzję. W końcu spakowałam kilka rzeczy do torby: zdjęcie z dzieciństwa, książkę od cioci i te upominki z paczki. Rano zostawiłam list na stole:

„Nie mogę już dłużej być tylko opiekunką i gospodynią. Chcę spróbować żyć dla siebie. Kocham was wszystkich, ale muszę odejść.”

Wyszłam cicho z domu, zanim wszyscy się obudzili. Słońce dopiero zaczynało wschodzić nad polami. Szłam przez wieś ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach. Każdy krok bolał – zostawiałam za sobą wszystko, co znałam.

U cioci w Łodzi było inaczej – gwarno, ciasno, ale nikt nie oczekiwał ode mnie cudów. Mogłam wreszcie odpocząć, pomyśleć o sobie. Zapisałam się na kurs florystyki i po raz pierwszy poczułam radość z własnych wyborów.

Rodzina długo nie odzywała się do mnie. Mama przysłała krótki list: „Zawiodłaś nas.” Ojciec milczał. Tylko Zosia napisała kilka słów: „Tęsknię za tobą.”

Często wracam myślami do tamtych dni – do zapachu świeżego chleba w kuchni, do śmiechu rodzeństwa i do ciężaru odpowiedzialności, który nosiłam jak plecak pełen kamieni.

Dziś wiem, że musiałam odejść. Gdybym została, nigdy nie dowiedziałabym się, kim jestem naprawdę. Ale czasem pytam siebie: czy można być szczęśliwym bez poczucia winy? Czy wolność zawsze musi tyle kosztować?