Wyrzucona jak bezdomny pies – historia Kingi z Poznania. Czy rodzina może naprawdę odwrócić się od własnej córki?

– Wynoś się! – głos mamy rozdarł ciszę jak nóż. Stałam w korytarzu naszego mieszkania na osiedlu Piastowskim, z walizką w ręku, a deszcz bębnił o parapet. W oczach mamy nie było już czułości, tylko gniew i rozczarowanie. – Nie chcę cię tu więcej widzieć, Kinga. Zawiodłaś mnie.

Zawiodłam? Przez co? Przez to, że nie chciałam iść na medycynę, jak ona sobie wymarzyła? Że wybrałam ASP, bo kocham malować? Przez to, że nie jestem taka jak ona chciała? Stałam tam, próbując powstrzymać łzy, ale one już płynęły po policzkach.

– Mamo, proszę… – szepnęłam. – To tylko studia. To moje życie…

– Twoje życie? – prychnęła. – Dopóki mieszkasz pod moim dachem, robisz to, co ci każę. Ale skoro jesteś taka dorosła, to radź sobie sama.

Ojciec stał obok, milczący jak zawsze. Nawet nie spojrzał mi w oczy. Brat – Paweł – schował się w swoim pokoju. Nikt nie stanął po mojej stronie.

Wyszłam na klatkę schodową. Walizka była ciężka, a ja czułam się lżejsza niż kiedykolwiek – jakby coś ze mnie uleciało. Może nadzieja? Może wiara w rodzinę?

Deszcz lał jak z cebra. Poznań wydawał się obcy i zimny. Przeszłam przez park Rataje, mijając ludzi chowających się pod parasolami. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Byłam przezroczysta.

Zatrzymałam się na przystanku tramwajowym. Zastanawiałam się, dokąd pójść. Przyjaciółka – Magda – mieszkała na Winogradach, ale jej rodzice byli jeszcze bardziej konserwatywni niż moi. Nie chciałam jej mieszać w swoje sprawy.

Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Tomka – mojego chłopaka. Odebrał po kilku sygnałach.

– Kinga? Co się stało?

– Wyrzucili mnie z domu – powiedziałam cicho.

– Przyjedź do mnie. Zaraz ci otworzę.

Wsiadłam do tramwaju numer 5. Siedziałam skulona przy oknie, patrząc na rozmazane światła miasta. W głowie kłębiły się myśli: co zrobiłam źle? Czy naprawdę zasłużyłam na to wszystko?

U Tomka było ciepło i jasno. Jego mama przywitała mnie z troską w oczach.

– Dziecko, co się stało?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Zamiast tego rozpłakałam się na dobre.

Tomek przytulił mnie mocno.

– Zostaniesz u nas tyle, ile trzeba – powiedział stanowczo.

Ale nawet tam nie czułam się bezpiecznie. Czułam się jak intruz, jak ktoś niechciany. Każdy dźwięk w mieszkaniu sprawiał, że drżałam ze strachu.

Następnego dnia zadzwoniła mama.

– Oddaj klucze do mieszkania. I nie próbuj wracać.

To był cios prosto w serce. Przez kolejne dni żyłam jak w zawieszeniu. Chodziłam na uczelnię, wracałam do Tomka, próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku. Ale nie było.

Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z jego mamą:

– Kinga nie może tu być wiecznie…

Zrozumiałam wtedy, że muszę znaleźć własną drogę.

Zaczęłam szukać pracy. Pracowałam jako kelnerka w kawiarni na Jeżycach, malowałam portrety na zamówienie przez internet. Wynajęłam pokój w starej kamienicy przy ulicy Głogowskiej. Było tam zimno i wilgotno, ale to było moje miejsce.

Często wracały do mnie słowa mamy: „Zawiodłaś mnie”. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę dla niej wystarczająco dobra.

Pewnego dnia spotkałam Pawła pod sklepem spożywczym.

– Kinga… Mama tęskni – powiedział cicho.

– To dlaczego nie zadzwoni? Dlaczego nie zapyta, czy żyję?

Paweł spuścił wzrok.

– Ona nie umie inaczej…

Chciałam mu wykrzyczeć wszystko: ból, żal, tęsknotę za domem. Ale tylko pokiwałam głową i odeszłam.

Minęły miesiące. Zaczęłam odnajdywać siebie w malarstwie. Moje obrazy zaczęły się sprzedawać. Poznań stał się mniej obcy.

Czasem siadałam na ławce nad Wartą i patrzyłam na miasto. Myślałam o tym, jak łatwo można zostać wyrzuconym z własnego życia przez tych, których kocha się najbardziej.

Dziś wiem jedno: upadek boli, ale daje siłę. Tylko czy rodzina naprawdę może odwrócić się od własnej córki? Czy miłość rodziców powinna mieć warunki?