Wróciłam z noworodkiem do domu, a tam… pustka. Dlaczego nikt mnie nie przygotował na taki ból?
– Michał? – zawołałam cicho, przekraczając próg mieszkania z Zosią w nosidełku. W korytarzu panował półmrok, a cisza była tak gęsta, że aż bolała w uszach. Zosia spała, jej drobne paluszki zaciskały się na kocyku. W mojej głowie kłębiły się myśli: „Może przygotował baloniki? Może czeka z kwiatami? Może… cokolwiek?”
Ale nie. W przedpokoju walały się buty, kurtka Michała leżała na podłodze, a w powietrzu unosił się zapach starej kawy. Przeszłam do salonu – na stole sterta papierów, laptop otwarty, ekran wygaszony. Ani śladu dziecięcego łóżeczka, ani przewijaka. Nawet nie posprzątał.
– Michał! – głos mi się załamał. Usłyszałam szelest z sypialni. Po chwili wyszedł, z telefonem przy uchu.
– Tak, tak, zaraz oddzwonię – rzucił do słuchawki i spojrzał na mnie. – Już jesteście?
Patrzył na mnie jak na listonosza przynoszącego rachunki. Przez chwilę miałam ochotę rzucić mu Zosię w ramiona i wybiec z mieszkania.
– Tak, już jesteśmy – odpowiedziałam chłodno. – Gdzie łóżeczko? Gdzie przewijak? Michał…
Wzruszył ramionami.
– Nie miałem czasu. Praca… Wiesz, jak jest.
Wiedziałam. Praca zawsze była ważniejsza. Nawet teraz, kiedy wróciłam po cesarce, obolała, z noworodkiem na rękach, on nie potrafił odłożyć telefonu.
Zosia zaczęła płakać. Michał spojrzał na nią z niepokojem.
– Daj ją tu… – powiedział niepewnie.
Podałam mu ją ostrożnie. Trzymał ją jakby była bombą zegarową.
– Co mam robić? – zapytał bezradnie.
– Przytul ją. To twoja córka.
Patrzył na mnie z wyrzutem, jakbym wymagała od niego rzeczy niemożliwych.
Usiadłam na kanapie i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. To miał być najpiękniejszy dzień mojego życia. Miało być ciepło, rodzinnie, bezpiecznie. Tymczasem czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Iwonko, jak się czujesz? – zapytała cicho.
– Dobrze… – skłamałam. – Zosia śpi.
– Michał pomaga?
Zawahałam się.
– Jest zajęty pracą.
Mama westchnęła ciężko.
– Tak to już jest z tymi facetami…
Zacisnęłam zęby. Nie chciałam słuchać kolejnych usprawiedliwień dla jego nieobecności.
Noc była koszmarem. Zosia płakała co godzinę, a ja ledwo trzymałam się na nogach. Michał spał w drugim pokoju „żeby się wyspać przed pracą”. Rano znalazłam go przy komputerze, popijającego kawę.
– Może byś chociaż śniadanie zrobił? – rzuciłam z goryczą.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Przecież jesteś w domu…
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Czy naprawdę jestem tu tylko po to, żeby wszystko robić sama?
Przez kolejne dni było tylko gorzej. Michał wracał coraz później, tłumacząc się nadgodzinami. Ja walczyłam z kolkami Zosi, brakiem snu i własnymi myślami. Czułam się niewidzialna. Kiedy próbowałam rozmawiać z Michałem o swoich uczuciach, wzruszał ramionami albo mówił:
– Przesadzasz. Inne kobiety też sobie radzą.
Któregoś dnia zadzwoniła teściowa.
– Iwona, Michał mówił, że jesteś rozdrażniona. Może powinnaś odpocząć?
Zacisnęłam pięści.
– Odpocząć? Kiedy? On nie pomaga!
– On ciężko pracuje na waszą przyszłość – odpowiedziała chłodno.
Poczułam się zdradzona przez wszystkich. Nawet przez własną matkę, która powtarzała: „Takie życie kobiety”.
Pewnego popołudnia przyszła do mnie przyjaciółka, Kasia.
– Wyglądasz okropnie – powiedziała bez ogródek.
– Dzięki…
Usiadłyśmy przy stole. Kasia spojrzała mi prosto w oczy.
– Iwona, musisz coś zmienić. Nie możesz być sama ze wszystkim.
Popłakałam się przy niej pierwszy raz od porodu.
– Boję się… Boję się, że już nigdy nie będę szczęśliwa – wyszeptałam.
Kasia objęła mnie ramieniem.
– Musisz postawić granice. Michał musi wiedzieć, że to też jego dziecko.
Wieczorem zebrałam się na odwagę i powiedziałam Michałowi:
– Albo zaczynasz być ojcem i mężem, albo… nie wiem, jak długo to wytrzymam.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Przecież wszystko robię dla was!
– Nie! Robisz wszystko dla siebie! My tu jesteśmy tylko dodatkiem do twojego życia!
Wyszedł trzaskając drzwiami. Zosia obudziła się i zaczęła płakać. Przytuliłam ją mocno i poczułam, że muszę być silna dla niej.
Przez kolejne dni Michał był jeszcze bardziej nieobecny. Unikał rozmów, wracał późno. Ja coraz częściej myślałam o tym, żeby wyjechać do mamy na wieś. Ale bałam się zostawić wszystko za sobą.
Któregoś dnia przyszła paczka od mojej siostry Ani – kilka ubranek dla Zosi i list:
„Iwona, wiem jak ci ciężko. Pamiętaj, że nie jesteś sama.”
Zalały mnie łzy wdzięczności i żalu jednocześnie.
W końcu przyszedł dzień kryzysu. Zosia miała gorączkę, ja byłam wykończona i spanikowana. Zadzwoniłam do Michała:
– Musisz wrócić! Zosia jest chora!
Usłyszałam w słuchawce irytację:
– Nie mogę teraz! Mam ważne spotkanie!
Rozłączyłam się i zadzwoniłam po Kasię. Przyjechała natychmiast i razem pojechałyśmy do lekarza. Na szczęście okazało się, że to tylko infekcja wirusowa.
Kiedy wróciłyśmy do domu, Michała jeszcze nie było.
Usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać tak głośno jak nigdy wcześniej.
Kasia przytuliła mnie mocno:
– Iwona… musisz pomyśleć o sobie i Zosi. Nie możesz czekać wiecznie aż on się zmieni.
Tej nocy podjęłam decyzję: wyjeżdżam do mamy na wieś choćby na kilka tygodni. Spakowałam rzeczy Zosi i swoje najpotrzebniejsze ubrania. Rano zostawiłam Michałowi kartkę:
„Wyjechałyśmy do mamy. Potrzebuję czasu dla siebie i naszej córki.”
Nie zadzwonił przez dwa dni. Dopiero trzeciego dnia pojawił się pod domem mojej mamy.
Był blady i roztrzęsiony:
– Iwona… przepraszam…
Patrzyłam na niego długo w milczeniu. Widziałam w jego oczach strach i żal – pierwszy raz od dawna wyglądał jak człowiek zagubiony, a nie pewny siebie menedżer.
Usiedliśmy razem w kuchni mojej mamy. Michał mówił cicho:
– Bałem się… Bałem się tej odpowiedzialności… Nie wiedziałem jak ci pomóc…
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie.
– Ja też się bałam – odpowiedziałam szczerze. – Ale bycie razem to znaczy być razem w trudnych chwilach…
Michał obiecał spróbować się zmienić. Nie wiem jeszcze czy mu wierzę – ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie wmówić, że jestem sama ze wszystkim.
Czasem patrzę na śpiącą Zosię i pytam siebie: dlaczego tak wiele kobiet musi przechodzić przez to samo? Czy naprawdę musimy być tak bardzo same w najważniejszych chwilach naszego życia?