Siostra, której nienawidziłam od zawsze – opowieść o cieniu i światłach rodzinnego domu

„Nie rusz mi lalki!” — pisnęła Kinga, wyrywając mi porcelanową piękność ze złocistymi lokami. „Mamo! Znowu Małgosia bierze moje zabawki!” Jej głos był ostry jak nóż, a ja poczułam znajome ukłucie w żołądku. „Oj, przestań już, sknero!” — warknęłam, choć miałam ochotę rzucić lalką o ścianę. Puściłam ją jednak, bo wiedziałam, że mama zaraz wyjdzie z kuchni. I rzeczywiście — Marta Szymańska, nasza mama, pojawiła się w drzwiach, wycierając ręce w ścierkę. „Dziewczynki, krzyki tak wcześnie! Czy wy nie możecie choć raz się dogadać?”

To był zwykły poranek w naszym domu na warszawskim Ursynowie. Zwykły — czyli pełen napięcia, cichych pretensji i wiecznego porównywania. Kinga była młodsza ode mnie o trzy lata, ale od zawsze miała nade mną przewagę. Była delikatna, śliczna, miała jasne włosy i duże niebieskie oczy. Ja — ciemnowłosa, z krzywym nosem po tacie i wiecznie rozczochrana — byłam tą starszą, która powinna ustępować. Tak przynajmniej uważała mama.

Pamiętam, jak pewnego dnia wróciłam ze szkoły z piątką z matematyki. Byłam dumna — to nie był mój ulubiony przedmiot. Mama spojrzała na mnie przez ramię: „Dobrze, Małgosiu. Ale widziałaś, jak Kinga pięknie narysowała laurkę dla babci?” I już wiedziałam, że moje osiągnięcia są niczym wobec jej rysunków czy uśmiechu.

Z czasem nauczyłam się walczyć o swoje. Zaczęłam być złośliwa, czasem nawet okrutna. Chowałam Kindze zeszyty, podkradałam jej ulubione kredki albo mówiłam koleżankom z podwórka, że Kinga jest beksa. Wtedy czułam się silniejsza. Ale w nocy płakałam w poduszkę, bo wiedziałam, że to nie rozwiązuje problemu.

Najgorsze były święta. Wszyscy zbierali się przy stole, a babcia zawsze zaczynała: „Kinga taka grzeczna, taka pomocna! Małgosia, a ty? Znowu siedzisz z nosem w książce?” Tata próbował mnie bronić, ale był cichy i zamknięty w sobie. Mama tylko wzdychała i patrzyła na mnie z wyrzutem.

Kiedy miałam czternaście lat, rodzice zaczęli się kłócić coraz częściej. Tata coraz później wracał z pracy, mama była nerwowa i zmęczona. Kinga płakała po nocach i przychodziła do mojego pokoju. „Małgosiu… boję się.” Wtedy pierwszy raz ją przytuliłam naprawdę mocno. Przez chwilę poczułam się potrzebna.

Ale potem wszystko wróciło do normy. Kinga dostała się do szkoły muzycznej — grała na skrzypcach jak anioł. Ja ledwo przeszłam do liceum ogólnokształcącego. Znowu byłam tą gorszą.

Pewnego dnia podsłuchałam rozmowę rodziców:
— Może powinniśmy bardziej wspierać Małgosię? — zapytał tata cicho.
— Ona sobie poradzi. To silna dziewczyna — odpowiedziała mama.
Wtedy poczułam się tak samotna jak nigdy wcześniej.

W liceum zaczęłam się buntować. Farbowanie włosów na czarno, pierwsze papierosy za garażami, wagary… Mama była załamana. „Dlaczego nie możesz być jak Kinga?” — pytała coraz częściej. A ja chciałam tylko usłyszeć: „Jestem z ciebie dumna.”

Kinga była coraz bardziej popularna. Miała chłopaka — Michała z klasy muzycznej — i paczkę przyjaciół. Ja miałam kilka koleżanek od imprez i chłopaka na dwa tygodnie. Czułam się niewidzialna.

Wszystko zmieniło się pewnej zimy, kiedy tata nagle zachorował. Diagnoza: rak trzustki. Świat nam się zawalił. Mama przestała gotować obiady, Kinga przestała grać na skrzypcach. Ja zaczęłam spędzać całe dnie w szpitalu przy łóżku taty.

Pewnego wieczoru Kinga przyszła do szpitala i usiadła obok mnie.
— Małgosiu… przepraszam za wszystko.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
— Za co?
— Za to, że zawsze byłam tą lepszą… Przynajmniej tak wszyscy mówili. Ale ja zawsze ci zazdrościłam odwagi.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie rywalkę, ale siostrę.

Tata zmarł miesiąc później. Po pogrzebie długo nie mogłyśmy znaleźć wspólnego języka z mamą. Każda zamknęła się w swoim bólu. Kinga wyjechała na studia do Krakowa, ja zostałam w Warszawie i zaczęłam pracować w kawiarni.

Minęły lata. Dziś mam trzydzieści dwa lata i własne mieszkanie na Pradze. Kinga wróciła do Warszawy po rozwodzie i zamieszkała u mamy. Spotykamy się rzadko — czasem na rodzinnych obiadach albo przypadkiem na ulicy.

Ostatnio zadzwoniła do mnie wieczorem:
— Małgosiu… mogę przyjść?
Zgodziłam się bez namysłu. Przyszła zapłakana, z walizką i pogniecionym płaszczem.
— Nie mam już siły… Wszystko mi się sypie.
Przytuliłam ją mocno — tak jak wtedy w dzieciństwie.

Czasami myślę: czy można naprawić to wszystko? Czy da się wybaczyć sobie nawzajem lata zazdrości i bólu? Może każda rodzina ma swoje cienie… Ale czy potrafimy znaleźć światło? Co wy o tym sądzicie?