Siostra, której nienawidziłam od zawsze – historia o zazdrości, rodzinnych ranach i przebaczeniu
– Znowu ona? – syknęłam przez zęby, widząc jak mama z dumą pokazuje Amelii świadectwo z czerwonym paskiem. Stałam w progu kuchni, ściskając w dłoni własne, przeciętne oceny. – Może chociaż raz ktoś by zauważył, że ja też się staram – pomyślałam, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
Od dziecka byłam tą starszą, tą odpowiedzialną, tą, która powinna dawać przykład. Amelia przyszła na świat cztery lata po mnie i od początku była oczkiem w głowie rodziców. Miała jasne włosy, niebieskie oczy i uśmiech, który rozbrajał wszystkich wokół. Ja byłam cicha, zamknięta w sobie, z wiecznie rozczochranymi włosami i książką pod pachą.
– Zobacz, jaka Amelia jest grzeczna! – powtarzała mama przy każdej okazji. – Może byś się od niej czegoś nauczyła?
Te słowa bolały bardziej niż jakiekolwiek kary. Z czasem nauczyłam się chować emocje głęboko w sobie. Zazdrość rosła we mnie jak trucizna. Każdy sukces Amelii był dla mnie porażką. Każdy jej uśmiech – przypomnieniem, że nigdy nie będę wystarczająca.
Pamiętam jedno lato szczególnie wyraźnie. Miałam wtedy szesnaście lat, Amelia dwanaście. Siedziałyśmy na podwórku, a ona opowiadała mi o swoich marzeniach – chciała zostać aktorką, podróżować po świecie. Patrzyłam na nią z mieszaniną podziwu i złości.
– Ty zawsze wszystko dostajesz – wyrzuciłam nagle. – Rodzice cię kochają bardziej.
Amelia spojrzała na mnie zaskoczona.
– To nieprawda! – zaprotestowała. – Po prostu… ty nigdy nie mówisz, czego chcesz.
Odwróciłam wzrok. Nie potrafiłam jej wtedy wyjaśnić, jak bardzo boli bycie niewidzialną.
Lata mijały, a my oddalałyśmy się od siebie coraz bardziej. Ja wyjechałam na studia do Krakowa, Amelia została w rodzinnym domu pod Radomiem. Rzadko rozmawiałyśmy. Każda rozmowa kończyła się kłótnią albo niezręcznym milczeniem.
Wszystko zmieniło się pewnej zimy, kiedy tata trafił do szpitala po udarze. Mama zadzwoniła do mnie z płaczem:
– Martyna, musisz przyjechać. Nie dam sobie rady sama.
Wróciłam do domu po latach nieobecności. W progu stała Amelia – dorosła już kobieta, ale w jej oczach widziałam tę samą niepewność co kiedyś.
– Cześć – powiedziała cicho.
– Cześć – odpowiedziałam chłodno.
Przez kolejne dni żyłyśmy obok siebie jak dwie obce osoby. Mama była wykończona opieką nad tatą, a ja czułam się jak intruz we własnym domu. Amelia próbowała rozmawiać, ale ja ją odpychałam.
Pewnego wieczoru usiadłyśmy razem w kuchni. Było już późno, mama spała, a tata oddychał ciężko w swoim pokoju.
– Martyna… – zaczęła Amelia niepewnie. – Czemu mnie tak nienawidzisz?
Zamarłam. Nikt nigdy nie wypowiedział tego na głos.
– Nie nienawidzę cię – skłamałam odruchowo.
– Przestań – przerwała mi. – Zawsze patrzysz na mnie jak na wroga. Co ci zrobiłam?
Zacisnęłam pięści pod stołem.
– Nic mi nie zrobiłaś – wyszeptałam. – Po prostu… zawsze byłaś lepsza ode mnie. Rodzice cię kochali bardziej. Wszystko ci wychodziło.
Amelia spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Myślisz, że było mi łatwo? Zawsze czułam, że muszę zasłużyć na waszą miłość. Że muszę być idealna, żebyście mnie zauważyli.
Po raz pierwszy zobaczyłam ją naprawdę – nie jako rywalkę, ale jako kogoś równie zagubionego jak ja.
Przez kolejne tygodnie zaczęłyśmy rozmawiać coraz więcej. O dzieciństwie, o tym, co nas bolało. O tym, jak bardzo obie tęskniłyśmy za akceptacją i miłością rodziców.
Kiedy tata wrócił do domu ze szpitala, byłyśmy już innymi osobami. Pomagałyśmy sobie nawzajem przy opiece nad nim, wspierałyśmy mamę. Po raz pierwszy poczułam, że mam siostrę – nie rywalkę.
Pewnego dnia siedziałyśmy razem na ławce przed domem.
– Wiesz… żałuję tych wszystkich lat milczenia – powiedziałam cicho.
Amelia uśmiechnęła się smutno.
– Ja też. Ale może jeszcze nie jest za późno?
Patrzyłam na nią długo. Po raz pierwszy poczułam spokój.
Dziś wiem, że zazdrość potrafi zniszczyć wszystko – nawet najbliższe relacje. Ale wiem też, że można wybaczyć i zacząć od nowa. Czy naprawdę musimy czekać na tragedię, żeby zobaczyć drugiego człowieka? Ile jeszcze rodzin musi przejść przez podobny ból? Może czasem wystarczy po prostu… porozmawiać.