Serce mojego syna bije w innym ciele. Czy mogę pogodzić się z tą stratą?
— Mamo, nie przesadzaj, wrócę za godzinę — Piotr rzucił przez ramię, zamykając drzwi z hukiem. Słyszałam jeszcze jego śmiech na klatce schodowej, ten śmiech, który zawsze rozjaśniał nawet najciemniejsze dni. Nie wiedziałam wtedy, że to ostatni raz, kiedy go słyszę.
Telefon zadzwonił o 2:13 w nocy. Najpierw nie mogłam zrozumieć słów policjanta. Wypadek. Piotr. Szpital. Reanimacja. Wszystko rozmywało się w szumie krwi w uszach. Krzyczałam do słuchawki, że to niemożliwe, że przecież miał wrócić za godzinę. Mąż, Andrzej, próbował mnie objąć, ale wyrwałam się i wybiegłam na klatkę schodową boso, jakby mogło to coś zmienić.
W szpitalu lekarze byli poważni i milczący. Piotr leżał pod aparaturą, jego twarz była spokojna, jakby spał po ciężkim dniu. Lekarz powiedział: — Przykro mi, wasz syn jest w stanie śmierci mózgowej. — Nie rozumiałam tych słów. Przecież oddychał! Przecież jego serce biło!
Andrzej płakał cicho w kącie. Ja nie płakałam. Czułam tylko pustkę i gniew. Dlaczego on? Dlaczego mój Piotruś? Przez kolejne godziny siedziałam przy jego łóżku, głaszcząc go po włosach i szeptając mu do ucha: — Wróć do mnie, proszę… — Lekarze zaczęli mówić o transplantacji. O tym, że Piotr może uratować komuś życie. — Proszę się zastanowić — powiedział jeden z nich cicho. — Czasu jest niewiele.
Andrzej był przeciwny. — To nasze dziecko! Nie pozwolę go rozdzielać! — krzyczał. Ale ja patrzyłam na Piotra i wiedziałam, że on by tego chciał. Zawsze pomagał innym, oddawał ostatnie pieniądze na WOŚP, ratował bezdomne psy z ulicy. — On nie wróci — powiedziałam cicho mężowi. — Ale może ktoś inny dostanie szansę.
Podpisałam zgodę drżącą ręką. Potem już nic nie pamiętam — tylko białe ściany szpitala i dźwięk aparatury, który nagle ucichł.
Dni po pogrzebie były jak mgła. Andrzej zamknął się w sobie, przestał ze mną rozmawiać. Nasza córka Ola wyjechała do Warszawy pod pretekstem pracy, ale wiedziałam, że ucieka przed bólem domu bez brata. Ja zostałam sama z pustką i pytaniami: czy zrobiłam dobrze? Czy Piotr by mi wybaczył?
Po kilku tygodniach zadzwoniła do mnie kobieta z Fundacji Transplantacyjnej. Powiedziała, że serce Piotra uratowało życie młodej kobiety z Krakowa — Walerii Nowak. Chciała napisać list z podziękowaniem. Przez długi czas nie mogłam się zdobyć na przeczytanie tych słów:
„Nie znam Pani bólu, ale dzięki Pani synowi mogę żyć i patrzeć na moją córkę dorastającą każdego dnia. Każde uderzenie mojego serca to dar od Waszej rodziny.”
Czytałam ten list dziesiątki razy, płacząc nad każdym zdaniem. Andrzej nie chciał o tym słyszeć. — To nie jest nasze dziecko! To obca kobieta! — krzyczał raz podczas kłótni. Ale ja czułam inaczej. Czułam, że cząstka Piotra żyje dalej.
Z czasem zaczęłam pisać do Walerii maile — najpierw krótkie, potem coraz dłuższe. Opowiadała mi o swoim życiu przed chorobą: o tym, jak bała się zostawić córkę samą na świecie; o tym, jak po przeszczepie pierwszy raz od lat poszła z nią na spacer do parku Jordana; o tym, jak każda rocznica operacji jest dla niej świętem i dniem żałoby jednocześnie.
Pewnego dnia zaproponowała spotkanie. Bałam się strasznie — czy zobaczę w niej mojego syna? Czy poczuję ulgę czy jeszcze większy ból? Spotkałyśmy się w kawiarni przy Plantach w Krakowie. Waleria była drobna i blada, ale jej oczy miały w sobie coś znajomego — może to tylko wyobraźnia matki? Rozmawiałyśmy długo o wszystkim i o niczym; o Piotrze też — opowiadałam jej o jego dzieciństwie, o tym jak uczył Olę jeździć na rowerze i jak zawsze marzył o podróży do Norwegii.
— Czasem mam wrażenie, że moje serce bije mocniej, kiedy słyszę o Pani synu — powiedziała cicho Waleria.
Po powrocie do domu długo siedziałam w milczeniu przy stole. Andrzej patrzył na mnie z wyrzutem.
— Po co to wszystko? Przecież Piotra już nie ma! — wykrzyknął nagle.
— Ale jego serce żyje — odpowiedziałam spokojnie. — I ja muszę nauczyć się z tym żyć.
Minęły dwa lata od śmierci Piotra. Nasza rodzina już nigdy nie będzie taka sama. Ola wróciła do domu na święta i pierwszy raz od dawna rozmawialiśmy wszyscy razem przy stole — choć cień Piotra był z nami cały czas.
Często chodzę na cmentarz i opowiadam synowi o Walerii i jej córce; o tym, jak jego serce daje komuś siłę do życia każdego dnia.
Czasem pytam siebie: czy zrobiłam dobrze? Czy można pogodzić się z taką stratą? A może jedynym sposobem na przetrwanie jest odnalezienie sensu tam, gdzie wydaje się go nie być?
Czy Wy bylibyście w stanie podjąć taką decyzję? Jak żyć dalej po utracie dziecka?