Rok przełomu: Dzień, w którym mój świat się rozpadł
– Nie mogę już dłużej udawać – powiedział tata, patrząc na mnie i mamę z takim wyrazem twarzy, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Był 17 listopada, jego 51. urodziny. W kuchni pachniało sernikiem, a na stole stała butelka wina, którą kupiłam specjalnie na tę okazję. Mama właśnie kroiła tort, kiedy tata odsunął krzesło i wstał. W tej jednej chwili wszystko się zatrzymało.
– Odchodzę – dodał cicho, a ja poczułam, jakby ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody. Mama zamarła z nożem w dłoni, a ja nie wiedziałam, czy powinnam płakać, czy krzyczeć. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem mama położyła nóż na stole i wyszła z kuchni bez słowa.
Zawsze myślałam, że nasza rodzina jest zwyczajna. Może nie idealna, ale przecież kto ma idealną rodzinę? Tata był spokojny, trochę zamknięty w sobie, ale zawsze mogłam na niego liczyć. Mama – ciepła, choć czasem zbyt wymagająca. Ja – jedynaczka, która zawsze starała się być grzeczna i nie sprawiać problemów. Tego wieczoru wszystko się zmieniło.
Przez pierwsze dni po odejściu taty w domu panowała cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Mama zamknęła się w swoim pokoju, a ja chodziłam po mieszkaniu jak cień. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku, ale wystarczyło jedno pytanie koleżanki: „Jak tam u was?” i czułam, jak łzy napływają mi do oczu.
Po tygodniu mama poprosiła mnie do kuchni. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy pustym stole.
– Chcę rok spokoju – powiedziała cicho. – Rok bez rozmów o rozwodzie, bez pytań, bez pretensji. Potrzebuję czasu.
Pokiwałam głową. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak trudny będzie to rok.
Zaczęły się domysły i plotki wśród sąsiadów. Ciocia Basia zadzwoniła z pytaniem, czy tata ma kogoś innego. Babcia płakała przez telefon i powtarzała: „To wszystko przez te czasy”. A ja? Ja próbowałam zrozumieć, co się właściwie stało.
Pewnego wieczoru znalazłam mamę siedzącą przy stole z albumem zdjęć. Przysiadłam się do niej i zaczęłyśmy przeglądać fotografie z dawnych lat. Na jednym zdjęciu tata trzymał mnie na rękach na plaży w Jastarni. Uśmiechał się szeroko – takiego go już nie pamiętałam.
– On zawsze był gdzieś obok – powiedziała mama nagle. – Nigdy nie był naprawdę tu.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zaczęłam przypominać sobie wszystkie te chwile, kiedy tata wracał późno z pracy albo zamykał się w garażu pod pretekstem majsterkowania.
W tym roku milczenia zaczęłam dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widziałam albo nie chciałam widzieć. Mama coraz częściej wychodziła na długie spacery sama. Ja rzuciłam się w wir przygotowań do własnego ślubu z Michałem – moim narzeczonym od trzech lat. Chciałam uciec od tego wszystkiego, schować się za listą gości i wyborem sukni.
Ale im bliżej było ślubu, tym bardziej czułam ciężar rodzinnych tajemnic. Pewnego dnia znalazłam w szufladzie listy – stare koperty zaadresowane do mamy od jakiegoś Andrzeja. Zanim zdążyłam je przeczytać, mama weszła do pokoju.
– To nie twoje sprawy – powiedziała ostro i zabrała listy.
Nie spałam całą noc. Czy mama też miała kogoś innego? Czy to dlatego tata odszedł? Następnego dnia zebrałam się na odwagę i zapytałam ją wprost.
– Mamo… kim był Andrzej?
Spojrzała na mnie długo, po czym usiadła na łóżku.
– Był moją pierwszą miłością – powiedziała cicho. – Zanim poznałam twojego ojca… Ale to już przeszłość.
Nie wiedziałam, czy jej wierzyć. Zaczęłam analizować każde wspomnienie z dzieciństwa: czy naprawdę byli ze sobą szczęśliwi? Czy tylko udawali dla mnie?
Tata dzwonił rzadko. Gdy już rozmawialiśmy, mówił głównie o pracy albo pytał o przygotowania do ślubu. Unikał tematu mamy jak ognia.
Miesiąc przed ślubem spotkałam go przypadkiem w kawiarni na Nowym Świecie. Siedział sam przy oknie i wyglądał na starszego niż pamiętałam.
– Cześć, Tato – usiadłam naprzeciwko niego.
– Cześć, Aniu – odpowiedział z lekkim uśmiechem.
Przez chwilę milczeliśmy.
– Dlaczego odszedłeś? – zapytałam w końcu.
Westchnął ciężko.
– Bo byłem nieszczęśliwy… I nie chciałem już dłużej udawać przed sobą ani przed wami.
– A mama?
– Twoja mama… Ona też miała swoje tajemnice.
Patrzyliśmy na siebie długo. Po raz pierwszy poczułam, że tata jest tylko człowiekiem – ze swoimi słabościami i lękami.
Kiedy wróciłam do domu, długo płakałam. Michał próbował mnie pocieszyć, ale nie potrafił zrozumieć tego bólu rozdzierającego mnie od środka.
W dniu ślubu mama przyszła do mojego pokoju tuż przed wyjściem do kościoła.
– Przepraszam cię za wszystko – powiedziała cicho i przytuliła mnie mocno.
Wtedy zrozumiałam: rodzina to nie jest obrazek z reklamy margaryny. To ludzie z krwi i kości, którzy czasem ranią się nawzajem nawet wtedy, gdy bardzo się kochają.
Dziś często zastanawiam się: czy można naprawdę uciec przed przeszłością? Czy nasze wybory są tylko nasze, czy może zawsze nosimy ze sobą bagaż rodzinnych historii? Może właśnie dlatego tak trudno nam czasem być szczęśliwymi…