„Przyjedź natychmiast, zabierz swoją córkę!” – Dzień, w którym prawie straciłam siebie
– Przyjedź natychmiast, zabierz swoją córkę! – głos teściowej przeszył mnie jak zimny prąd. Stałam w kuchni, krojąc marchewkę do zupy, gdy telefon zadzwonił. Zanim zdążyłam się odezwać, usłyszałam tylko krzyk, pełen złości i rozczarowania. Moje serce zaczęło bić szybciej, a ręka z nożem zadrżała.
– Co się stało, pani Zofio? – zapytałam, starając się zachować spokój, choć w środku już czułam, że coś się wydarzyło.
– Twoja córka znowu zrobiła awanturę! Nie będę tego dłużej znosić! Albo ją zabierzesz, albo… – głos urwał się, a potem usłyszałam tylko ciężki oddech i trzask odkładanej słuchawki.
Przez chwilę stałam nieruchomo, próbując zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Moja córka, Ania, miała zaledwie dziewięć lat, ale od zawsze była wrażliwa i impulsywna. Odkąd mój mąż, Paweł, wyjechał do pracy do Niemiec, coraz częściej zostawiałam ją u teściowej, bo sama nie dawałam rady pogodzić pracy, domu i opieki nad dzieckiem. Wiedziałam, że Zofia nie jest zachwycona tą sytuacją, ale nigdy nie powiedziała mi tego wprost. Zawsze tylko milczała, patrząc na mnie z wyrzutem, jakbym była winna wszystkiemu, co złe w tej rodzinie.
Wybiegłam z domu, zostawiając wszystko tak, jak stało. Po drodze do teściowej w głowie kłębiły mi się myśli. Czy naprawdę jestem złą matką? Czy powinnam była bardziej się postarać, żeby Ania nie sprawiała problemów? Czy to wszystko moja wina?
Gdy weszłam do mieszkania Zofii, zastałam ją siedzącą na kanapie, z rękami założonymi na piersi. Ania siedziała w kącie, skulona, z zapłakanymi oczami.
– Co się stało? – zapytałam, patrząc na córkę.
– Ona… ona powiedziała, że nie chce już tu być – rzuciła teściowa, nie patrząc na mnie. – Że jestem zła i że tata ją zostawił przez ciebie.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Spojrzałam na Anię, która unikała mojego wzroku.
– Aniu, kochanie, dlaczego tak powiedziałaś? – zapytałam cicho.
– Bo to prawda! – krzyknęła nagle. – Tata wyjechał, bo się ciągle kłóciliście! A babcia mówi, że gdybyś była lepsza, to by nie musiał wyjeżdżać!
Zofia odwróciła głowę, jakby nie chciała słyszeć tych słów. Ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Wszystko, co przez lata było przemilczane, nagle wypłynęło na powierzchnię.
– Aniu, tata wyjechał, bo chciał, żeby nam było lepiej – powiedziałam, choć sama nie byłam pewna, czy w to wierzę. – To nie twoja wina. I nie moja.
– Ale babcia mówi, że wszystko przez ciebie! – szlochała Ania.
Zofia wstała gwałtownie.
– Ja tylko mówię prawdę! – rzuciła. – Ty nigdy nie byłaś dla Pawła wystarczająco dobra. Zawsze tylko narzekałaś, zawsze coś ci nie pasowało. A teraz zostawiłaś mi dziecko, jakby to był twój obowiązek!
– Zosiu, ja nie zostawiłam Ani na zawsze! – próbowałam się bronić. – Pracuję, żebyśmy miały z czego żyć! Ty wiesz, jak jest ciężko…
– Ja wiem? – przerwała mi. – Ja całe życie pracowałam, wychowałam dwóch synów, a teraz muszę jeszcze wychowywać twoje dziecko, bo ty nie potrafisz sobie poradzić!
W tym momencie poczułam, że nie mam już siły. Wszystko, co przez lata tłumiłam w sobie – żal, poczucie winy, bezsilność – wybuchło ze mnie nagle.
– Może rzeczywiście nie potrafię! – krzyknęłam. – Może jestem złą matką, złą żoną, złą synową! Ale robię, co mogę! Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?
W mieszkaniu zapadła cisza. Ania płakała cicho, Zofia patrzyła na mnie z mieszaniną złości i smutku. Ja stałam pośrodku, czując się jak intruz we własnej rodzinie.
Wzięłam Anię za rękę i wyszłyśmy. Po drodze do domu milczałyśmy. Czułam, jakby między nami wyrósł mur, którego nie potrafię przeskoczyć. W domu Ania zamknęła się w swoim pokoju, a ja usiadłam w kuchni, patrząc na niedokończoną zupę.
Wieczorem zadzwonił Paweł.
– Jak tam u was? – zapytał, jakby nic się nie stało.
– Dobrze – skłamałam. – Wszystko w porządku.
Nie miałam siły opowiadać mu o dzisiejszym dniu, o krzykach, łzach i pretensjach. On i tak by tego nie zrozumiał. Od kiedy wyjechał, coraz mniej nas łączyło. Rozmowy przez telefon były coraz krótsze, coraz bardziej powierzchowne. Czułam, że oddalamy się od siebie z każdym dniem.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o Ani, o Zofii, o Pawle. O tym, jak bardzo chciałam, żebyśmy byli szczęśliwi, a jak bardzo wszystko się rozsypało. Czy to naprawdę wszystko moja wina? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy kiedykolwiek będę wystarczająco dobra dla tej rodziny?
Następnego dnia Ania przyszła do mnie rano.
– Mamo, przepraszam, że krzyczałam – powiedziała cicho. – Ja po prostu… tęsknię za tatą.
Przytuliłam ją mocno.
– Ja też, kochanie. Ja też.
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, ile jeszcze wytrzymamy. Ile jeszcze razy będę musiała udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy w środku czuję się zupełnie sama? Czy naprawdę każda matka musi przechodzić przez takie chwile zwątpienia i bezsilności? A może to tylko ja nie potrafię być silna, kiedy najbardziej tego potrzeba?
Czasem myślę, że w tej rodzinie cisza boli bardziej niż najgłośniejszy krzyk. Czy kiedykolwiek nauczymy się rozmawiać naprawdę? Czy jeszcze potrafimy być razem, mimo wszystko?