„Poradzisz sobie, przecież zawsze dawałaś radę” – historia kobiety, która musiała być silna dla wszystkich, tylko nie dla siebie

– Poradzisz sobie, przecież zawsze dawałaś radę – usłyszałam od Marka, mojego męża, kiedy przyszłam do niego ze łzami w oczach. Stałam w kuchni, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Moje ręce drżały. Chciałam tylko, żeby mnie przytulił, powiedział: „Jestem z tobą”, ale on nawet nie oderwał wzroku od ekranu telewizora.

Zawsze byłam tą „silną”. To ja godziłam zwaśnionych, łagodziłam konflikty, dbałam o dom, gotowałam, planowałam budżet, opiekowałam się dziećmi, a później wnukami. Potrafiłam pracować do późnej nocy, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Byłam dla wszystkich opoką. Dla siebie? Już nie pamiętam, kiedy ostatnio pomyślałam o sobie.

Pamiętam, jak mama powtarzała: „Kobieta musi być silna. Inaczej życie ją zmiecie”. Może dlatego nigdy nie pozwoliłam sobie na słabość. Nawet kiedy po śmierci taty musiałam zająć się młodszym rodzeństwem – miałam wtedy zaledwie szesnaście lat. Potem studia zaocznie, praca w sklepie spożywczym i wieczne liczenie każdego grosza. Marek pojawił się w moim życiu jak promyk słońca. Przynajmniej tak mi się wydawało.

– Zosiu, ty to masz głowę na karku – mówił wtedy. – Ze wszystkim sobie poradzisz.

Było mi miło. Czułam się doceniona. Ale z czasem te słowa stały się ciężarem. Bo skoro zawsze sobie radzę, to nikt nie pyta, czy mam siłę. Czy chcę. Czy jeszcze potrafię.

Dzieci dorosły. Kasia wyjechała do Warszawy, Michał został w Krakowie. Z wnukami widuję się rzadko – wszyscy są zabiegani. Marek coraz częściej zamyka się w swoim świecie: telewizor, krzyżówki, czasem piwo z sąsiadem. Ja? Ja zostałam sama ze swoimi myślami.

Ostatnio coraz częściej czuję się zmęczona. Budzę się rano i nie mam siły wstać z łóżka. Nawet gotowanie nie sprawia mi już radości. Kiedyś piekłam ciasta na każdą okazję – teraz patrzę na pustą miskę i nie wiem, od czego zacząć.

Wczoraj zadzwoniła Kasia:
– Mamo, możesz przyjechać na weekend? Mamy z Tomkiem ważne spotkanie i nie mamy co zrobić z Antosiem.

Chciałam powiedzieć „nie mogę”, „jestem zmęczona”, „potrzebuję odpocząć”. Ale usłyszałam samą siebie mówiącą:
– Oczywiście, Kasiu. Przyjadę.

Odłożyłam słuchawkę i poczułam łzy napływające do oczu. Dlaczego nie potrafię odmówić? Dlaczego nikt nie widzi, że ja też mam granice?

Wieczorem próbowałam porozmawiać z Markiem.
– Marek… Ja już nie daję rady – powiedziałam cicho.
– Poradzisz sobie – rzucił beznamiętnie.

Wtedy coś we mnie pękło. Wyszłam na balkon i patrzyłam na ciemne niebo nad blokowiskiem. Przypomniały mi się wszystkie te lata: święta organizowane dla całej rodziny, pogotowie domowe dla dzieci sąsiadów, wieczne „Zosia zrobi”, „Zosia pomoże”.

A jeśli kiedyś naprawdę nie dam rady? Jeśli któregoś dnia po prostu się rozpadnę?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie Basia – sąsiadka z piętra niżej.
– Zosiu, słyszałam, że źle się czujesz… Może chcesz pogadać?

Nie chciałam nikogo obarczać swoimi problemami. Ale Basia nie odpuszczała.
– Wiesz… Ja też czasem mam dość. Może pójdziemy na spacer?

Zgodziłam się. Szłyśmy powoli przez park, milcząc przez dłuższą chwilę.
– Wiesz co? – odezwała się nagle Basia. – Ty zawsze wszystkim pomagasz. Ale kto pomaga tobie?

Nie umiałam odpowiedzieć.

Wieczorem zadzwoniła Kasia:
– Mamo… Dziękuję ci za wszystko. Wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć.

Chciałam jej powiedzieć: „A czy ty możesz liczyć na mnie wtedy, kiedy ja już nie będę miała siły?” Ale połknęłam te słowa.

Dziś siedzę przy kuchennym stole i patrzę na swoje odbicie w oknie. Widzę zmęczoną kobietę o siwych włosach i smutnych oczach. Czy naprawdę jestem taka silna? Czy może po prostu nauczyłam się ukrywać swoje słabości?

Czasem myślę: co by było, gdybym pozwoliła sobie być słabą? Gdybym powiedziała „nie chcę”, „nie mogę”, „potrzebuję pomocy”? Czy ktoś by to zrozumiał? Czy świat by się zawalił?

Może czas przestać być opoką dla wszystkich i wreszcie zadbać o siebie? Czy ktoś z was też tak ma? Czy też boicie się przyznać do własnych słabości?