„Podzielmy się rachunkiem” – Wieczór, który zmienił moje spojrzenie na relacje

– To co, podzielimy się rachunkiem? – zapytał Michał, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem, który miał być chyba żartobliwy, ale w jego oczach widziałam cień niepewności. Przez chwilę zamarłam, trzymając w dłoni kieliszek czerwonego wina, które zamówiłam trochę na odwagę. W głowie przetoczyła mi się lawina myśli: czy to normalne? Czy powinnam się zgodzić? Czy to coś mówi o nim, czy raczej o mnie?

Zacznijmy jednak od początku. Mam na imię Julia, mam trzydzieści dwa lata i od niedawna próbuję swoich sił w randkowaniu przez internet. Po kilku nieudanych związkach i jeszcze bardziej nieudanych próbach poznania kogoś „w realu”, postanowiłam dać szansę aplikacjom. Michała poznałam na Tinderze. Wymieniliśmy kilka wiadomości, potem przeszliśmy na WhatsAppa. Był zabawny, inteligentny, miał psa i lubił podróże – wszystko to, co wpisywałam na listę „must have” w głowie. Po tygodniu pisania zaproponował spotkanie w jednej z modnych restauracji na Powiślu.

Przygotowywałam się do tej randki jak do egzaminu. Nowa sukienka, lekki makijaż, perfumy, których używam tylko na specjalne okazje. W drodze do restauracji serce waliło mi jak młot, a w głowie powtarzałam sobie: „Nie oczekuj za dużo, nie rozczarujesz się”.

Michał przyszedł punktualnie. Był wyższy niż się spodziewałam, miał ciepły uśmiech i pewność siebie, która mnie trochę onieśmielała. Rozmowa szła gładko – o pracy, o rodzinie, o podróżach. W pewnym momencie opowiedział mi o swojej mamie, która po rozwodzie została sama z dwójką dzieci i musiała sobie radzić. Zaimponowało mi to, jak mówił o niej z szacunkiem. Poczułam, że to ktoś, kto rozumie, czym jest odpowiedzialność.

Zamówiliśmy przystawki, potem dania główne. Michał zaproponował wino, a ja zgodziłam się, choć wiedziałam, że nie powinnam przesadzać – chciałam być w pełni świadoma tego, co się dzieje. Przez cały wieczór czułam się dobrze, choć gdzieś z tyłu głowy czaił się lęk: czy nie robię czegoś źle? Czy nie mówię za dużo? Czy nie jestem zbyt otwarta?

Kiedy kelner przyniósł rachunek, Michał spojrzał na mnie i rzucił to swoje: „To co, podzielimy się rachunkiem?”. Przez chwilę miałam ochotę się roześmiać, bo przecież to XXI wiek, kobiety są niezależne, zarabiają, płacą swoje rachunki. Ale w tej jednej sekundzie poczułam się… rozczarowana? Zraniona? Sama nie wiem. Może dlatego, że w głębi duszy liczyłam na ten gest – że zapłaci, pokaże, że mu zależy, że chce zrobić na mnie wrażenie. Może to głupie, ale tak właśnie się poczułam.

– Jasne, nie ma sprawy – odpowiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał pewnie. Michał uśmiechnął się szerzej, jakby odetchnął z ulgą. Podzieliliśmy rachunek co do grosza. Wyszliśmy z restauracji, a on zaproponował spacer nad Wisłą. Zgodziłam się, choć w środku czułam już lekki chłód.

Szliśmy wzdłuż rzeki, rozmawiając o filmach i muzyce. Michał opowiadał o swoim ulubionym zespole, a ja udawałam zainteresowanie, choć myślami byłam gdzie indziej. Zastanawiałam się, czy to ja mam zbyt wygórowane oczekiwania, czy może on jest po prostu praktyczny. Przypomniałam sobie rozmowy z mamą, która zawsze powtarzała: „Nie licz na nikogo, sama musisz sobie radzić”. Może właśnie dlatego tak bardzo pragnęłam, żeby ktoś w końcu się mną zaopiekował, choćby przez ten jeden wieczór.

Pożegnaliśmy się pod moim blokiem. Michał zapytał, czy chciałabym się jeszcze spotkać. Odpowiedziałam, że dam znać. Wróciłam do mieszkania i usiadłam na kanapie, patrząc w ciemność. W głowie miałam mętlik. Z jednej strony czułam się niezależna, silna, dumna z siebie, że nie oczekuję od nikogo prezentów ani gestów. Z drugiej – czułam się samotna. Czy naprawdę tak trudno jest dziś o prostą uprzejmość? Czy to ja jestem staroświecka?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra. Opowiedziałam jej o randce, a ona roześmiała się: – Julia, przecież to normalne! Każdy teraz dzieli rachunki, nie ma co się obrażać. Ale ja nie byłam obrażona. Byłam rozczarowana. Chciałam, żeby ktoś pokazał, że mu zależy, że chce zrobić coś więcej niż tylko „być w porządku”.

Przez kolejne dni myślałam o tym spotkaniu. Przypominały mi się rozmowy z tatą, który zawsze płacił za mamę, nawet po rozwodzie. Może to kwestia wychowania, może wartości, które wyniosłam z domu. A może po prostu szukam wymówki, żeby nie dopuścić nikogo zbyt blisko.

Michał napisał po kilku dniach. Zapytał, czy mam ochotę na kawę. Odpisałam, że nie jestem pewna. W końcu spotkaliśmy się jeszcze raz, ale już bez tej iskry, która była na początku. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie Michał powiedział: – Wiesz, moja była dziewczyna zawsze oczekiwała, że będę za wszystko płacił. Czułem się wtedy wykorzystywany. Teraz wolę, żeby wszystko było jasne.

Zrozumiałam wtedy, że każdy z nas nosi w sobie jakieś rany, jakieś lęki, które wpływają na to, jak budujemy relacje. Może to nie rachunek był problemem, tylko to, że oboje baliśmy się zaufać. Ja – że ktoś mnie zrani, on – że ktoś go wykorzysta.

Dziś, kiedy patrzę na tamten wieczór, widzę w nim coś więcej niż tylko podzielony rachunek. Widzę dwie osoby, które bardzo chciały być blisko, ale nie potrafiły się otworzyć. Może to właśnie jest największy problem naszych czasów – że boimy się być słabi, boimy się pokazać, że nam zależy.

Czasem zastanawiam się, czy gdybym wtedy powiedziała: „Nie, pozwól, że tym razem ty zapłacisz”, coś by się zmieniło. Może tak, a może nie. Może najważniejsze jest to, żebyśmy umieli rozmawiać o swoich oczekiwaniach i lękach, zamiast udawać, że wszystko jest w porządku.

Czy naprawdę tak trudno dziś o prostą bliskość? Czy to świat się zmienił, czy to my staliśmy się bardziej zamknięci? Może warto czasem zaryzykować i po prostu być sobą, nawet jeśli oznacza to pokazanie swojej słabości.