Po pięćdziesięciu latach ciszy: Spotkanie z ojcem, którego nigdy nie znałam
– Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś? – mój głos drżał, gdy patrzyłam na mamę siedzącą naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. Jej dłonie ściskały filiżankę herbaty tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz ją rozbije o blat.
– Elżbieta, to nie było takie proste… – wyszeptała, spuszczając wzrok.
Miałam wtedy czterdzieści dziewięć lat i całe życie czułam się jak ktoś nie na swoim miejscu. Zawsze byłam „inna” – nie tylko z powodu rudych włosów, których nikt w rodzinie nie miał, ale też przez to dziwne uczucie pustki, które towarzyszyło mi od dzieciństwa. Mama nigdy nie mówiła o moim ojcu. Gdy pytałam, zbywała mnie milczeniem albo zmieniała temat. Ojczym był dobrym człowiekiem, ale wiedziałam, że nie jestem jego córką.
Przez lata próbowałam pogodzić się z tą niewiedzą. Założyłam własną rodzinę, wychowałam syna i córkę, pracowałam jako nauczycielka w podstawówce w Łodzi. Ale im starsza byłam, tym bardziej czułam, że muszę poznać prawdę. Kim był mój ojciec? Dlaczego mnie zostawił? Czy w ogóle wiedział o moim istnieniu?
Pewnego wieczoru, po kolejnej kłótni z mamą o przeszłość, usiadłam przed komputerem i zaczęłam szukać. Przeglądałam stare zdjęcia, akty urodzenia, archiwa miejskie. Znalazłam ślad – nazwisko: Stanisław Nowak. Tak powszechne, że aż śmieszne. Ale coś we mnie pękło. Postanowiłam go odnaleźć.
Mijały miesiące. Pisałam listy do urzędów, dzwoniłam do domów opieki, szukałam po całej Polsce. W końcu odebrałam telefon:
– Dom Pomocy Społecznej w Piotrkowie Trybunalskim, słucham?
– Dzień dobry… Szukam Stanisława Nowaka. Czy jest u państwa taki pensjonariusz?
– Tak, jest u nas pan Stanisław. A kim pani jest?
Zaniemówiłam na chwilę. W końcu wyszeptałam:
– Jestem jego córką.
Tydzień później stałam pod szarym budynkiem domu opieki. Serce waliło mi jak młotem. W ręku ściskałam stary sweter – prezent dla niego. Bałam się wejść do środka. Bałam się tego, co usłyszę…
W pokoju pachniało lekarstwami i starym papierem. Na łóżku siedział starszy mężczyzna o przenikliwych niebieskich oczach i siwych włosach. Wyglądał na zmęczonego życiem.
– Dzień dobry… Pan Stanisław Nowak?
Spojrzał na mnie uważnie.
– Tak… A pani to…?
– Mam na imię Elżbieta… Jestem pańską córką.
Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu. Potem jego oczy zaszkliły się łzami.
– Elżbieta…? Moja Basia… twoja mama… Ona nigdy mi nie powiedziała…
Usiadłam obok niego i zaczęliśmy rozmawiać. O wszystkim i o niczym – o dzieciństwie, o tym jak poznał moją mamę na potańcówce w 1973 roku, o tym jak wyjechał za pracą do Niemiec i wrócił za późno… Mama już wtedy była w ciąży, ale nie chciała mieć z nim kontaktu. Zawsze była dumna i uparta.
Słuchałam go i czułam narastający żal do mamy. Przez całe życie żyłam w kłamstwie. On też – przez pięćdziesiąt lat nie wiedział, że ma córkę.
Po powrocie do domu długo płakałam. Mąż próbował mnie pocieszać:
– Ela, nie możesz obwiniać mamy całe życie… Może miała swoje powody.
Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym wszystkim, co straciłam – o wspólnych świętach, spacerach po parku, rozmowach przy herbacie…
Zaczęłam odwiedzać tatę regularnie. Przynosiłam mu domowe ciasto, książki i zdjęcia wnuków. Z czasem stał się częścią naszej rodziny – dzieci mówiły do niego „dziadek”, a on opowiadał im historie z młodości.
Pewnego dnia pielęgniarka zadzwoniła do mnie:
– Pani Elżbieto, tata coraz gorzej się czuje… Może powinna pani pomyśleć o zabraniu go do siebie?
Nie wahałam się ani chwili. Mąż zgodził się bez słowa sprzeciwu. Przenieśliśmy tatę do naszego domu pod Łodzią. Było ciężko – wymagał opieki, czasem bywał rozdrażniony albo smutny. Ale czułam, że robię coś ważnego – dla niego i dla siebie.
Mama długo nie chciała go odwiedzić. Dopiero gdy zachorowała na zapalenie płuc i trafiła do szpitala, poprosiła mnie:
– Ela… Przyprowadź go do mnie… Chcę z nim porozmawiać.
Spotkanie było pełne łez i wyrzutów sumienia. Mama przeprosiła tatę za wszystko – za lata milczenia i dumy. On tylko ją przytulił i powiedział:
– Już dobrze, Basiu… Już dobrze.
Patrzyłam na nich i myślałam o tym, jak wiele można stracić przez brak odwagi do rozmowy i przebaczenia.
Dziś tata mieszka z nami już ponad rok. Czasem siada ze mną przy oknie i patrzymy razem na zachód słońca.
– Wiesz, Elu – mówi cicho – żałuję tylko jednego: że nie mogłem być przy tobie przez te wszystkie lata.
Ściskam go za rękę i odpowiadam:
– Ale jesteś teraz.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze rodzin żyje w cieniu tajemnic? Ile dzieci dorasta bez odpowiedzi na najważniejsze pytania? Czy naprawdę warto tak długo milczeć?
Może czasem wystarczy odważyć się zapytać – zanim będzie za późno.