Po 30 latach wspólnego życia mąż zostawił mnie dla młodszej. Ale to, co powiedzieli mi synowie, złamało mi serce najbardziej.

— Mama, musimy pogadać — powiedział Tomek, wchodząc do kuchni z miną, której nie widziałam u niego od lat. Stałam przy kuchence, mieszając zupę dyniową, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo puste wydaje się mieszkanie, odkąd Andrzej coraz częściej wraca późno.

— Co się stało? — zapytałam, starając się ukryć drżenie w głosie.

Obok Tomka pojawił się Piotr. Obaj dorośli, wysocy, z tym samym spojrzeniem co Andrzej. Przez chwilę miałam wrażenie, że czas się cofnął i znów są moimi małymi chłopcami, którzy przychodzą po radę albo przytulenie. Ale ich twarze były zamknięte, obce.

— Tata… — zaczął Piotr, ale urwał. Spojrzał na brata, jakby szukał wsparcia.

— Tata odchodzi — powiedział Tomek szybko, jakby chciał mieć to już za sobą. — Ma kogoś innego.

Zupa bulgotała w garnku, a ja czułam, jak świat pod moimi stopami zaczyna się chwiać. Nie wiem, ile czasu stałam w milczeniu. W końcu usiadłam przy stole, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa.

— To żart? — wyszeptałam. — Przecież… przecież wszystko było dobrze.

Piotr spuścił wzrok. — Mamo, on już się wyprowadził. Dzisiaj. Chciał, żebyśmy ci powiedzieli.

Poczułam się jak dziecko, któremu ktoś brutalnie wyrwał ulubioną zabawkę. Przez trzydzieści lat byłam żoną Andrzeja. Byliśmy razem od studiów. Przeżyliśmy śmierć mojej mamy, jego zwolnienie z pracy, narodziny chłopców i ich pierwsze złamane serca. Myślałam, że jesteśmy nie do ruszenia.

— Kto to jest? — zapytałam cicho.

Tomek wzruszył ramionami. — Jakaś dziewczyna z pracy. Młodsza o dwadzieścia lat.

Zrobiło mi się niedobrze. Przez chwilę miałam ochotę rzucić talerzem o ścianę albo wybiec z domu i nigdy nie wrócić.

— I wy… wiedzieliście? — spojrzałam na nich z wyrzutem.

Piotr podniósł głowę. — Tak. Tata powiedział nam tydzień temu. Prosił, żebyśmy ci nie mówili.

— I nie przyszło wam do głowy, żeby stanąć po mojej stronie? — głos mi się załamał.

Tomek spojrzał na mnie twardo. — Mamo, jesteśmy dorośli. To wasza sprawa.

W tej chwili poczułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek w życiu. Nawet kiedy Andrzej wyjeżdżał na delegacje i zostawałam sama z dwójką małych dzieci, czułam się silniejsza niż teraz.

Przez kolejne dni chodziłam po mieszkaniu jak cień. Andrzej zabrał swoje rzeczy w ciągu jednej nocy — nawet nie zostawił karteczki. Zegar w sypialni przestał tykać; chyba wyciągnął baterie. Zostawił pustkę i ciszę.

Synowie dzwonili rzadko. Kiedy przychodzili, rozmawiali o wszystkim, tylko nie o tym, co się stało. Czułam ich dystans, jakby bali się zarazić moim bólem.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Zosia.

— Pani Aniu, słyszałam… Jeśli będzie pani czegoś potrzebować…

Nie chciałam litości. Chciałam tylko zrozumieć: jak można przekreślić trzydzieści lat dla młodej dziewczyny? Jak można zostawić rodzinę i udawać, że nic się nie stało?

Wieczorami płakałam w poduszkę. Przeglądałam stare zdjęcia: Andrzej z chłopcami na Mazurach, nasze święta przy stole pełnym pierogów i barszczu, uśmiechy, które teraz wydawały się obce.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie mama Andrzeja.

— Aniu… ja nie wiem, co on sobie myśli. Ale pamiętaj: zawsze będziesz moją synową.

To było pierwsze ciepłe słowo od tygodni. Rozpłakałam się jak dziecko.

Po miesiącu Andrzej przyszedł po resztę rzeczy. Stał w przedpokoju ze spuszczoną głową.

— Aniu… przepraszam.

— Za co? Za to, że zmarnowałeś mi życie? — głos mi drżał.

— Nie chciałem cię skrzywdzić…

Zaśmiałam się gorzko. — To trzeba było nie zdradzać.

Nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.

Najgorsze przyszło później. Synowie zaczęli mnie unikać. Tomek przestał odbierać telefony; Piotr wpadał tylko na chwilę i zawsze był spięty.

Pewnego dnia usiedliśmy razem przy stole. Zebrałam się na odwagę:

— Dlaczego mnie zostawiliście? Dlaczego nikt nie stanął po mojej stronie?

Tomek wzruszył ramionami:

— Mamo, tata też ma prawo być szczęśliwy.

Piotr dodał:

— Nie chcemy wybierać stron.

Poczułam się zdradzona drugi raz — tym razem przez własne dzieci.

Zaczęłam chodzić na spacery po parku, żeby nie zwariować w pustym mieszkaniu. Czasem spotykałam panią Zosię albo inną sąsiadkę; rozmawiałyśmy o pogodzie i cenach w sklepie. Ale nikt nie pytał o Andrzeja ani o chłopców.

W pracy wszyscy udawali, że nic się nie stało. Szefowa rzuciła tylko:

— Pani Aniu, proszę się trzymać.

Ale jak się trzymać, kiedy wszystko się rozpada?

Minęły trzy miesiące. Nauczyłam się spać sama w łóżku i gotować tylko dla siebie. Czasem nawet śmiałam się z koleżankami z pracy albo oglądałam komedie romantyczne bez łez w oczach.

Ale kiedy patrzę na zdjęcia synów z dzieciństwa, czuję ukłucie żalu: czy naprawdę rodzina może rozpaść się tak łatwo? Czy miłość matki znaczy mniej niż wygoda dorosłych dzieci?

Czasem pytam siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy mogłam uratować naszą rodzinę? A może po prostu byłam ślepa na to, co działo się tuż pod moim nosem?

Może wy mi powiecie: czy po takim ciosie można jeszcze zaufać rodzinie? Czy da się odbudować relacje z dziećmi po zdradzie ich ojca?