Niewidzialna Żona: Rozbita Urodzinowa Iluzja
— Anna, czy wszystko już gotowe? — głos Marka odbił się echem w kuchni, gdzie stałam z rękami zanurzonymi w pianie. Zegar na ścianie wskazywał 16:45. Za kwadrans miała zjawić się jego matka z całą świtą: siostry, szwagrowie, dzieci, a nawet ciotka z Radomia, która zawsze narzekała na mój sernik.
W tym roku jednak coś we mnie pękło. Może to przez te wszystkie lata, kiedy byłam niewidzialna — nie dla Marka, nie dla dzieci, ale dla jego rodziny. Zawsze byłam tą, która podaje, sprząta, uśmiecha się i znika w cieniu rozmów o polityce czy rodzinnych anegdotach. Nikt nigdy nie zapytał mnie, jak się czuję. Nikt nie zauważył, że czasem mam ochotę po prostu usiąść i być gościem we własnym domu.
— Wiesz co, Marku? — odwróciłam się do niego, ocierając dłonie o fartuch. — W tym roku nie robię kolacji dla wszystkich. Nie mam siły. Chcę spędzić ten dzień inaczej.
Jego twarz stężała. Przez chwilę myślałam, że zaraz wybuchnie śmiechem, jakby to był żart. Ale widząc moją powagę, zmarszczył brwi.
— Co to znaczy? Przecież mama już kupiła tort. Wszyscy się nastawili…
— To nie mój problem — przerwałam mu cicho, ale stanowczo. — Od lat robię wszystko sama. Chcę odpocząć. Chcę być dziś tylko z tobą i dziećmi.
Zapadła cisza. Mark patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy zaskoczeniem a rozczarowaniem.
— Anna… przecież to tylko jeden dzień w roku. Oni na to czekają.
— A ja? — głos mi zadrżał. — Ja też czekam. Na chwilę spokoju. Na to, żeby ktoś pomyślał o mnie.
Wiedziałam, że to ryzykowne. W naszej rodzinie nie mówi się głośno o zmęczeniu czy potrzebach kobiet. Moja teściowa zawsze powtarzała: „Kobieta jest od tego, żeby dbać o dom”. Ale ja już nie mogłam.
Mark wyszedł z kuchni bez słowa. Usłyszałam trzask drzwi do łazienki. Przez chwilę stałam w miejscu, czując jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę jestem taka egoistyczna?
Telefon zadzwonił o 17:10. To była jego matka.
— Aniu, my już jedziemy! Mam nadzieję, że wszystko gotowe jak zwykle?
Zacisnęłam powieki.
— Pani Zofio… w tym roku nie organizuję przyjęcia. Przepraszam.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Jak to? Przecież Marek ma urodziny! Co on powie?
— To była moja decyzja — odpowiedziałam drżącym głosem. — Potrzebuję odpoczynku.
Rozłączyła się bez słowa.
Dzieci przyszły do kuchni z pytaniami: „Mamo, a gdzie ciocia Asia? A będzie tort?” Usiadłam na podłodze i przytuliłam je mocno do siebie.
Wieczorem Mark wrócił do kuchni. Był blady i spięty.
— Mama jest wściekła — powiedział bez emocji. — Wszyscy są rozczarowani.
— A ty? — zapytałam cicho.
Nie odpowiedział od razu. Usiadł naprzeciwko mnie i spuścił wzrok.
— Nie wiem… Nigdy o tym nie myślałem. Zawsze było tak samo…
Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Czy on mnie zrozumie? Czy to początek końca naszej rodziny?
Następnego dnia rano znalazłam na stole kartkę od teściowej: „Nie spodziewałam się tego po tobie. Marek zasługuje na lepszą żonę.” Przez chwilę miałam ochotę spakować walizki i wyjechać gdzieś daleko, gdzie nikt nie oczekuje ode mnie perfekcji.
Ale zostałam. Wieczorem usiedliśmy z Markiem przy herbacie.
— Anna… przepraszam — powiedział cicho. — Nigdy nie pytałem cię, czy tego chcesz. Myślałem tylko o sobie i o rodzinie.
Popłakałam się wtedy pierwszy raz od lat przy nim.
— Chcę być widzialna — wyszeptałam mu do ucha.
Nie wiem, co będzie dalej. Może rodzina Marka już nigdy mnie nie zaakceptuje. Może będziemy musieli nauczyć się żyć inaczej — bardziej po swojemu niż pod dyktando innych.
Ale czy naprawdę musimy zawsze poświęcać siebie dla oczekiwań innych? Ile jeszcze kobiet każdego dnia znika w cieniu cudzych potrzeb? Czy ktoś nas kiedyś zauważy?