Nieproszony gość: Cień teściowej w naszym domu – historia walki o własne życie
— Nie masz prawa tak do mnie mówić! — krzyknęłam, czując jak głos drży mi od napięcia. Stałam w progu kuchni, a naprzeciwko mnie, z zaciśniętymi ustami i wzrokiem pełnym pogardy, stała moja teściowa, pani Halina. Mój mąż, Tomek, siedział przy stole, blady jak ściana, niezdolny wykrztusić słowa. W powietrzu wisiała cisza, gęsta od niewypowiedzianych pretensji i żalu.
To był ten dzień. Dzień, w którym powiedziałam „dość”. Przez ostatnie pięć lat naszego małżeństwa próbowałam wszystkiego: uśmiechu przez łzy, tłumaczenia się z każdej decyzji, przymykania oka na jej drobne złośliwości. Ale tego dnia, kiedy po raz kolejny usłyszałam, że „nie umiem prowadzić domu” i „Tomek zasługuje na lepszą żonę”, coś we mnie pękło.
Pamiętam, jak zaczęło się niewinnie. Po ślubie teściowa przychodziła do nas codziennie. „Pomogę wam”, mówiła, a ja naiwnie wierzyłam, że rzeczywiście chce pomóc. Z czasem jednak jej obecność stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Przestawiała rzeczy w kuchni, krytykowała mój sposób gotowania („Zupa powinna być bardziej słona!”), a nawet poprawiała firanki w salonie. Najgorsze były jednak jej uwagi o wychowaniu naszej córki, Zosi.
— Dziecko powinno spać samo! — powtarzała. — Rozpieścisz ją na całe życie.
Tomek zawsze milczał. Kiedy próbowałam rozmawiać z nim o tym, wzruszał ramionami:
— Wiesz jaka jest mama… Nie przejmuj się.
Ale ja się przejmowałam. Każdego dnia czułam się coraz mniej u siebie we własnym domu. Zosia zaczęła płakać na widok babci, a ja łapałam się na tym, że unikam powrotów do mieszkania po pracy. Zaczęłam mieć koszmary: śniło mi się, że pani Halina stoi nad moim łóżkiem i mówi, że nigdy nie będę wystarczająco dobra.
Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy. W przedpokoju usłyszałam głos teściowej:
— Tomek, musisz coś zrobić z tą swoją żoną. Ona cię niszczy.
Zamarłam. Stałam za drzwiami i słuchałam dalej:
— Widzisz jaka jest? Nie potrafi nawet ugotować obiadu bez przypalenia! Ja bym ci tak życia nie utrudniała.
Tomek milczał. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Weszłam do pokoju i spojrzałam na nich oboje.
— Jeśli jeszcze raz usłyszę coś takiego pod moim adresem w moim domu, proszę cię, żebyś wyszła — powiedziałam cicho.
Teściowa spojrzała na mnie z wyższością:
— To nie jest twój dom. To dom mojego syna.
Wtedy pierwszy raz poczułam prawdziwą wściekłość. Przez kolejne tygodnie atmosfera była coraz gorsza. Pani Halina przychodziła bez zapowiedzi, przynosiła własne zakupy („Bo pewnie znowu nic nie masz w lodówce”), a nawet próbowała przekonać Tomka, żebyśmy oddali jej klucz do mieszkania „na wszelki wypadek”.
W końcu nadszedł ten dzień. Sobotni poranek, Zosia bawiła się klockami w salonie. Teściowa przyszła jak zwykle bez zapowiedzi i zaczęła narzekać na bałagan:
— U mnie w domu nigdy nie było takiego syfu! — rzuciła głośno.
Nie wytrzymałam. Zaczęłam krzyczeć, płakać jednocześnie. Kazałam jej wyjść i powiedziałam, że nie chcę jej więcej widzieć w naszym mieszkaniu. Tomek patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— Oszalałaś? — zapytał cicho.
— Nie! Po prostu mam dość! — odpowiedziałam.
Teściowa wyszła trzaskając drzwiami. Przez kilka dni panowała cisza. Tomek był chłodny i zdystansowany. Unikał rozmów ze mną, spędzał więcej czasu w pracy. Zosia pytała o babcię, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć.
W końcu usiedliśmy razem przy stole.
— Musimy porozmawiać — zaczęłam niepewnie.
Tomek spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
— Co ty chcesz osiągnąć? To moja matka.
— A ja jestem twoją żoną! — wybuchłam. — Czy naprawdę nie widzisz jak ona nas niszczy?
Milczał długo.
— Może przesadzasz… — mruknął w końcu.
Poczułam się zupełnie sama. Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Zosia stała się nerwowa, zaczęła mieć problemy ze snem. Ja coraz częściej myślałam o rozwodzie.
Pewnego wieczoru zadzwoniła pani Halina.
— Chcę zobaczyć wnuczkę — powiedziała chłodno.
— Możesz ją zabrać na spacer — odpowiedziałam równie chłodno.
Kiedy przyszła po Zosię, spojrzałyśmy sobie w oczy. Widziałam w jej spojrzeniu cień strachu – może po raz pierwszy zrozumiała, że naprawdę mogę odejść z jej synem i wnuczką.
Dziś minął rok od tamtej kłótni. Nasze relacje są chłodne, ale ustalone: teściowa widuje Zosię tylko poza naszym domem. Z Tomkiem chodzimy na terapię dla par – czasem mam nadzieję, że jeszcze uda nam się odbudować zaufanie, czasem myślę o odejściu.
Często pytam siebie: czy miałam prawo postawić granicę? Czy mogłam zrobić coś inaczej? A może każda kobieta musi kiedyś stanąć do walki o własny dom?