Nie mogę już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku – historia o teściowej, która zburzyła nasz dom
– Znowu nie posprzątałaś kuchni, Marto. – Głos teściowej przeszył ciszę jak nóż. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a mimo to poczułam się winna. – Przecież dopiero co skończyliśmy jeść – odpowiedziałam cicho, starając się nie patrzeć jej w oczy. – W moim domu zawsze było czysto – westchnęła teatralnie, poprawiając fartuch.
To już nie był mój dom. Od śmierci pana Zbyszka wszystko się zmieniło. Teściowa, pani Halina, zamieszkała z nami „na chwilę”, żeby nie była sama. Mój mąż, Tomek, przekonywał mnie, że to tylko przejściowe, że mama potrzebuje czasu, żeby się pozbierać. Ale minęły trzy miesiące i nie wyglądało na to, żeby miała się wyprowadzić.
Na początku próbowałam być wyrozumiała. Rozumiałam jej ból po stracie męża, starałam się być cierpliwa. Ale z każdym dniem jej obecność stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Zaczęła rządzić w naszym domu – przestawiała meble, wyrzucała moje rzeczy z kuchni, krytykowała sposób wychowywania dzieci. Nawet mój ulubiony kubek uznała za „nieestetyczny” i schowała na dno szafki.
Najgorzej było wieczorami. Kiedy Tomek wracał z pracy, Halina natychmiast zaczynała opowiadać mu o moich „zaniedbaniach”. – Twoja żona znowu zostawiła pranie w pralce – mówiła z wyrzutem. – Dzieci oglądają za dużo bajek. Obiad był za słony.
Tomek początkowo próbował mnie bronić, ale z czasem zaczął milczeć. Widziałam, jak bardzo jest rozdarty między mną a matką. Coraz częściej zamykał się w sobie, unikał rozmów o problemie. Ja natomiast czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę za drzwiami kuchni:
– Tomek, nie rozumiem, dlaczego pozwalasz jej tak rządzić w domu. To przecież ja jestem twoją matką! – głos Haliny był pełen żalu i pretensji.
– Mamo, proszę cię… Marta też tu mieszka. To nasz dom…
– Twój ojciec nigdy by na to nie pozwolił! – przerwała mu ostro.
Zacisnęłam pięści. Miałam ochotę wybiec i wykrzyczeć jej wszystko prosto w twarz: że mam dość jej obecności, że niszczy nasze małżeństwo, że czuję się jak intruz we własnym domu. Ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego zamknęłam się w łazience i płakałam do późnej nocy.
Dzieci też zaczęły odczuwać napiętą atmosferę. Sześcioletnia Zosia coraz częściej pytała: – Mamusiu, dlaczego babcia jest na ciebie zła? Czteroletni Jaś zaczął moczyć się w nocy. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, ale bałam się postawić sprawę na ostrzu noża.
W końcu nadszedł dzień, kiedy nie mogłam już dłużej udawać. Była sobota rano, Tomek wyszedł z dziećmi na plac zabaw. Siedziałam w kuchni z Haliną i próbowałam napić się kawy.
– Marta – zaczęła nagle – powinnaś bardziej się starać. Tomek zasługuje na lepszą żonę.
Zamarłam. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Proszę pani… – zaczęłam drżącym głosem – to mój dom i moja rodzina. Proszę przestać mnie oceniać i krytykować na każdym kroku.
– Twój dom? – prychnęła pogardliwie. – To dom mojego syna! Ty tu tylko mieszkasz.
Wstałam gwałtownie od stołu.
– Nie pozwolę pani dłużej mnie poniżać! Jeśli sytuacja się nie zmieni, będziemy musieli podjąć poważne decyzje.
Halina spojrzała na mnie z niedowierzaniem i wyszła bez słowa. Cały dzień chodziłam jak struta, czekając na powrót Tomka. Kiedy wrócił, powiedziałam mu wszystko: o tym, jak źle się czuję, jak bardzo cierpią dzieci i jak bardzo nasza rodzina jest zagrożona przez obecność jego matki.
Tomek był w szoku. Przez chwilę milczał, potem objął mnie i powiedział: – Przepraszam cię, Marto. Nie widziałem tego wszystkiego… Musimy coś z tym zrobić.
Wieczorem usiedliśmy razem z Haliną przy stole. Tomek spokojnie wyjaśnił jej naszą sytuację i poprosił o znalezienie dla siebie mieszkania lub powrót do swojego domu rodzinnego. Halina płakała i oskarżała mnie o rozbijanie rodziny, ale tym razem nie dałam się zmanipulować.
Minęły dwa tygodnie od tamtej rozmowy. Halina znalazła sobie małe mieszkanie niedaleko nas. Odwiedza nas czasem na obiad lub zabiera dzieci na spacer, ale już nie ingeruje w nasze życie tak jak wcześniej.
Czasem zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy byłam zbyt surowa? Czy powinnam była dłużej znosić jej obecność dla dobra rodziny? Ale potem patrzę na uśmiechnięte dzieci i spokojnego Tomka i wiem, że podjęliśmy właściwą decyzję.
Czy naprawdę musimy poświęcać własne szczęście dla innych? Gdzie kończy się granica wyrozumiałości wobec bliskich? Może czasem trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu…