Nauka mówienia „nie”: Jak rodzina odebrała mi spokój nad jeziorem
– Znowu przyjechali bez zapowiedzi – pomyślałam, patrząc przez okno na srebrnego Opla, który właśnie zatrzymał się przed naszym domem. Serce zaczęło mi bić szybciej. Piotr, mój mąż, siedział w kuchni i czytał gazetę, udając, że nie słyszy dźwięku zamykanych drzwi samochodu.
– Anka! – rozległ się głos mojej matki, zanim zdążyłam otworzyć drzwi. – Przywieźliśmy ci trochę ogórków i jabłek z działki! I wiesz co? Musisz koniecznie przesadzić te róże, bo tu mają za mało słońca.
Wiedziałam, że to nie będzie krótka wizyta. Mama i tata przyjeżdżali do nas co tydzień, czasem nawet częściej. Zawsze z jakimś „prezentem”, zawsze z radami, które bardziej przypominały rozkazy. Mój brat Tomek też nie przepuszczał okazji, żeby wpaść na grilla z żoną i dziećmi. Zamiast ciszy i spokoju nad jeziorem mieliśmy niekończący się festiwal rodzinnych spotkań.
– Cześć, mamo – powiedziałam cicho, otwierając drzwi. – Może najpierw usiądziemy na tarasie?
– Najpierw pokaż mi te róże! – odparła stanowczo mama. – I wiesz co? Twój trawnik wygląda na zaniedbany. Powinnaś częściej kosić.
Piotr spojrzał na mnie z politowaniem. Wiedziałam, że jest zmęczony tym wszystkim tak samo jak ja, ale nigdy nie miał odwagi powiedzieć mojej mamie „dość”.
Kiedyś marzyłam o tym domu. O porankach nad jeziorem, o kawie na tarasie i ciszy przerywanej tylko śpiewem ptaków. Ale rzeczywistość okazała się inna. Każdy weekend zamieniał się w rodzinny zjazd. Zamiast odpoczywać, biegałam między kuchnią a ogrodem, słuchając narzekań mamy i żartów Tomka.
– Anka, a kiedy w końcu pomalujecie płot? – zapytał tata podczas obiadu. – Sąsiad już dawno swój odnowił.
– Może w przyszłym miesiącu… – próbowałam się wymigać.
– Przyszły miesiąc? A co wy tu robicie całymi dniami? Przecież nie pracujesz już w Warszawie!
Zacisnęłam usta. Odeszłam z pracy właśnie po to, żeby mieć więcej czasu dla siebie i Piotra. Ale tego nikt nie rozumiał. Dla rodziny przeprowadzka była równoznaczna z tym, że jestem zawsze dostępna.
Wieczorem usiadłam na łóżku i rozpłakałam się. Piotr objął mnie ramieniem.
– Może powinniśmy im powiedzieć, żeby dawali nam trochę spokoju? – zaproponował ostrożnie.
– Próbowałam… Ale mama zawsze mówi, że przecież rodzina to rodzina. Że powinniśmy być razem.
– Ale to nasz dom – powiedział cicho Piotr. – I nasze życie.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Basia.
– Aniu, słyszałam, że macie piękny dom nad jeziorem! Przyjedziemy z wujkiem na weekend, dobrze? Dawno się nie widzieliśmy!
Chciałam powiedzieć „nie”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
– Jasne… – odpowiedziałam mechanicznie.
W piątek dom znów był pełen ludzi. Ciocia Basia narzekała na wilgoć w łazience („U nas to by się nie zdarzyło!”), wujek Zbyszek krytykował nasze meble („Te krzesła są niewygodne!”), a dzieci Tomka biegały po ogrodzie, depcząc świeżo posianą trawę.
Wieczorem wybuchła awantura. Mama zaczęła wypominać mi, że nie dbam o rodzinę tak jak powinnam.
– Kiedyś to było inaczej! Wszyscy trzymaliśmy się razem! A ty tylko narzekasz i uciekasz od obowiązków!
Nie wytrzymałam.
– Mamo! To jest mój dom! Chcę mieć trochę spokoju! Nie możecie ciągle tu przyjeżdżać bez zapowiedzi!
Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie jak na obcą osobę.
– Aniu… – zaczęła mama drżącym głosem. – Myślałam, że się cieszysz z naszej obecności…
– Cieszę się… ale czasem potrzebuję pobyć sama. Z Piotrem. To nie znaczy, że was nie kocham.
Tata pokręcił głową.
– Dzieci teraz takie są… Egoistyczne.
Ciocia Basia spojrzała na mnie z wyrzutem.
– No dobrze… Skoro jesteśmy niemile widziani…
Poczułam się winna. Ale jednocześnie poczułam ulgę. Po raz pierwszy od miesięcy powiedziałam głośno to, co naprawdę czuję.
Przez kilka tygodni panowała cisza. Nikt nie dzwonił, nikt nie przyjeżdżał. Z jednej strony było mi smutno – tęskniłam za rodziną. Z drugiej strony wreszcie mogłam odpocząć. Piotr był szczęśliwy jak nigdy wcześniej.
Pewnego dnia zadzwoniła mama.
– Aniu… Może przyjedziemy w przyszłym tygodniu? Tylko na chwilę. Zadzwonimy wcześniej.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
– Dobrze, mamo. Będzie mi miło.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Rodzina zaczęła szanować nasze granice. Ja nauczyłam się mówić „nie” bez poczucia winy. Czasem jeszcze czuję ukłucie żalu, ale wiem, że zrobiłam dobrze.
Czy naprawdę trzeba aż takiego konfliktu, żeby nauczyć się dbać o siebie? Ile razy jeszcze pozwolimy innym przekraczać nasze granice zanim powiemy „dość”?