Myśleliśmy, że babcia pomoże z wnukami, ale zniszczyła nasz dom – historia Agnieszki

– Zosia, nie ruszaj tego! – krzyknęłam, widząc jak moja pięcioletnia córka próbuje wspiąć się na kuchenny blat. W tym samym momencie Jakub, półtoraroczny, zaczął płakać w łóżeczku. Czułam, jak napięcie ściska mi gardło. Wojtek był już od godziny w pracy, a ja po raz kolejny żonglowałam obowiązkami, próbując ogarnąć dom i dzieci.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że dam radę. Byłam na macierzyńskim, Wojtek zarabiał wystarczająco, żebyśmy mogli żyć skromnie, ale spokojnie. Jednak wszystko zaczęło się zmieniać, gdy ceny w sklepach poszły w górę, a rachunki zaczęły przychodzić coraz wyższe. Zaczęliśmy się martwić. Wojtek brał nadgodziny, ja próbowałam dorabiać szyciem na zamówienie, ale to było za mało.

Pewnego wieczoru siedzieliśmy przy kuchennym stole, a ja płakałam z bezsilności.
– Może powinniśmy poprosić mamę, żeby się do nas wprowadziła? – zaproponował Wojtek niepewnie. – Przecież i tak jest sama po śmierci taty. Pomogłaby ci z dziećmi, a my trochę byśmy zaoszczędzili na opiekunce.

Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Moja mama, Teresa, była zawsze osobą o silnym charakterze. Często narzekała na wszystko i wszystkich, ale kochała wnuki i powtarzała, że rodzina jest najważniejsza. Zgodziłam się. Zadzwoniłam do niej następnego dnia.

– Agnieszko, oczywiście! – odpowiedziała entuzjastycznie. – Przecież zawsze mówiłam, że dzieci powinny być blisko babci.

Przeprowadzka mamy odbyła się szybko. Wynieśliśmy część rzeczy z naszego małego salonu i zrobiliśmy jej miejsce na łóżko i szafę. Przez pierwsze dni czułam ulgę – mama gotowała obiady, bawiła się z Zosią i Jakubem, a ja mogłam wreszcie spokojnie wypić kawę albo popracować przy maszynie do szycia.

Ale sielanka nie trwała długo. Mama zaczęła wprowadzać swoje porządki. Zosia nie mogła już oglądać bajek po obiedzie, bo „psują wzrok”. Jakub miał spać tylko w swoim łóżeczku i nie wolno go było brać na ręce „bo się przyzwyczai”.

– Mamo, przecież to moje dzieci – próbowałam tłumaczyć.
– Ty nic nie rozumiesz! – odpowiadała podniesionym głosem. – Wychowałam ciebie i twoją siostrę bez tych wszystkich nowoczesnych bzdur!

Wojtek coraz częściej wracał do domu późno. Mówił, że musi pracować, ale widziałam w jego oczach zmęczenie i irytację. Wieczorami kłóciliśmy się o drobiazgi: o to, kto ma wynieść śmieci, kto ma zrobić zakupy. Mama słyszała nasze rozmowy i komentowała:
– Kiedyś mężczyźni byli inni. Twój ojciec nigdy nie pozwoliłby sobie na takie lenistwo.

Czułam się coraz bardziej osaczona we własnym domu. Dzieci były rozdrażnione – Zosia zaczęła się jąkać, Jakub budził się z płaczem w nocy. Pewnego dnia usłyszałam rozmowę mamy przez telefon:
– Agnieszka sobie nie radzi. Wszystko na mojej głowie! Gdyby nie ja, to nie wiem, co by tu się działo…

Poczułam jakby ktoś mnie uderzył w twarz. Czy naprawdę jestem taką złą matką? Czy naprawdę nie potrafię zadbać o własne dzieci?

Zaczęłam unikać mamy. Chowałam się z dziećmi w ich pokoju pod pretekstem zabawy. Wojtek coraz częściej nocował u kolegi „bo musi popracować w spokoju”. Nasz dom zamienił się w pole bitwy.

Pewnego wieczoru mama przyszła do mnie z miną pełną pretensji:
– Nie będę tu dłużej siedzieć jak służąca! Albo zaczniecie mnie szanować, albo wracam do siebie!

Nie odpowiedziałam. Po prostu wyszłam na balkon i płakałam długo w ciemności.

Następnego dnia mama spakowała swoje rzeczy i wyszła bez słowa pożegnania. W domu zapadła cisza tak gęsta, że aż bolały mnie uszy.

Zosia podeszła do mnie i zapytała:
– Mamusiu, czy babcia już nas nie kocha?

Nie wiedziałam co odpowiedzieć.

Minęły tygodnie zanim zaczęliśmy z Wojtkiem rozmawiać normalnie. Dzieci powoli wracały do siebie, ale dom już nigdy nie był taki sam.

Czasem patrzę na zdjęcia sprzed tego wszystkiego i zastanawiam się: czy mogliśmy zrobić coś inaczej? Czy rodzina zawsze musi oznaczać poświęcenie własnego spokoju? A może czasem lepiej postawić granice nawet wobec najbliższych?

Czy ktoś z was też musiał wybierać między pomocą a własnym szczęściem?