Moja córka już nie jest tą samą osobą: Jak zięć oddalił nas od własnej krwi
— Mamo, proszę, nie zaczynaj znowu — usłyszałam w słuchawce głos Ani, mojej jedynej córki. Było już późno wieczorem, dzień przed urodzinami mojego męża, a ja po raz kolejny próbowałam ją przekonać, żeby przyszła z Dariuszem i wnuczką na rodzinne spotkanie. — Aniu, to ważne dla taty. Wiesz, jak bardzo na was czeka — mówiłam cicho, starając się nie płakać. Po drugiej stronie zapadła cisza. — Darek nie czuje się dobrze w waszym towarzystwie. Zawsze macie do niego jakieś pretensje — odpowiedziała chłodno.
Zamknęłam oczy i poczułam, jak narasta we mnie bezsilność. Przecież nigdy nie chciałam źle dla Ani. Od dziecka była moim oczkiem w głowie. Zawsze razem piekłyśmy ciasta na święta, chodziłyśmy na spacery po Plantach w Krakowie, śmiałyśmy się do łez z głupich żartów. Wszystko zaczęło się zmieniać, odkąd pojawił się Dariusz.
Pamiętam ich pierwsze spotkanie. Przyniosła go na rodzinny obiad. Był uprzejmy, ale wycofany. Miałam wrażenie, że patrzy na nas z góry, jakbyśmy byli zbyt zwyczajni dla niego. Ania była zakochana po uszy i nie widziała tego chłodu w jego oczach. Z czasem zaczął ją od nas oddalać. Najpierw subtelnie — nie miał czasu na rodzinne obiady, potem coraz częściej przekładał spotkania. W końcu Ania przestała dzwonić tak często jak dawniej.
Zaczęły się drobne kłótnie. — Mamo, Darek uważa, że za bardzo się wtrącasz — mówiła mi kiedyś przez telefon. — Ale ja tylko pytam, czy wszystko u was dobrze! — tłumaczyłam się bezradnie. — On tego nie rozumie. Chce mieć spokój — odpowiadała coraz częściej.
Najgorsze przyszło po narodzinach naszej wnuczki, Julki. Myślałam, że wtedy wszystko się zmieni. Że Ania będzie chciała dzielić się ze mną radością macierzyństwa, że będziemy razem piec ciasteczka dla małej tak jak kiedyś dla niej. Ale Dariusz był zawsze gdzieś obok, czujny i nieprzystępny. Kiedy przychodziłam w odwiedziny, patrzył na mnie z niechęcią. Raz nawet powiedział: — Proszę nie przynosić Julce tyle słodyczy. To niezdrowe.
Zaczęłam się wycofywać. Bałam się robić cokolwiek źle. Każda rozmowa z Anią była coraz krótsza i bardziej powierzchowna. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie.
Wszystko kulminowało właśnie teraz — w dniu urodzin mojego męża. Siedzieliśmy przy stole w salonie, stół uginał się od jedzenia, a wokół panowała cisza przerywana tylko stukotem widelców o talerze. Mój mąż patrzył smutno na pusty talerz obok siebie — miejsce Ani i Julki. — Może jeszcze przyjadą? — próbował żartować mój syn Tomek, ale nikt się nie zaśmiał.
Po godzinie zadzwonił telefon. To była Ania. — Mamo, przepraszam… Nie damy rady dziś przyjechać. Julka jest trochę przeziębiona i Darek uważa, że lepiej zostać w domu — powiedziała szybko i cicho. — Ale może jutro…
Nie wytrzymałam. — Aniu, czy ty jeszcze jesteś moją córką? Czy już tylko jego żoną? — zapytałam drżącym głosem.
Po drugiej stronie zapadła cisza tak długa i ciężka, że aż zabolało mnie serce.
— Mamo… Nie rozumiesz… Ja muszę wybierać… — wyszeptała i rozłączyła się.
Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek duszy.
Wieczorem długo siedziałam przy oknie, patrząc na światła miasta i wspominając czasy, kiedy Ania była jeszcze małą dziewczynką i tuliła się do mnie przed snem. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy byłam zbyt opiekuńcza? Czy powinnam była bardziej zaakceptować Dariusza? Czy to on ją zmienił, czy może ona sama tego chciała?
Kilka dni później spotkałam Anię przypadkiem w sklepie spożywczym na osiedlu. Była sama, wyglądała na zmęczoną i smutną. Chciałam ją przytulić, ale cofnęła się o krok.
— Mamo… Proszę cię… Nie rób sceny — powiedziała cicho.
— Aniu… Ja tylko chcę wiedzieć, czy jesteś szczęśliwa…
Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
— Nie wiem już sama…
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Mój mąż próbował mnie pocieszać: — Może musi sama przez to przejść? Może wróci do nas…
Ale ja czułam w sercu pustkę.
Od tamtej pory widujemy się rzadko. Każde spotkanie jest pełne napięcia i niedopowiedzeń. Julka rośnie, a ja czuję, że tracę nie tylko córkę, ale i wnuczkę.
Czasem zastanawiam się: czy można odzyskać dziecko, które odchodzi emocjonalnie? Czy miłość matki wystarczy, by przebić mur obojętności i wpływu drugiej osoby?
Piszę to wszystko z nadzieją, że ktoś mnie zrozumie. Że ktoś inny też przeżył podobny ból i znajdzie tu odrobinę ukojenia.
Może kiedyś Ania wróci do mnie naprawdę? Może jeszcze będziemy razem piec ciasta dla Julki? A może muszę pogodzić się z tym, że czasem największą miłość trzeba puścić wolno?
Czy można być matką na odległość? Czy można kochać i nie ranić jednocześnie? Czasem myślę: co byście zrobili na moim miejscu?